O tłumaczeniu


Opowiadanie tutaj sobie wiszące jest tłumaczeniem angielskiego fanfika pt. "Living with Danger", napisanego przez whydoyouneedtoknow
Oryginał można znaleźć, pod tym adresem: Living with Danger
Tłumaczenie, które tu przedstawiam, zaczyna się rozdziałem 39, ponieważ wcześniejsze części można znaleźć w Sieci po polsku.
Tłumaczenie to nie jest arcydziełem, mam tego świadomość, jednak gdy dotarłam do końca dotychczasowego polskiego tłumaczenia i stwierdziłam że to opowiadanie jest genialne, zaczęłam sama sobie je tłumaczyć. Skoro więc już coś przetłumaczyłam, to wrzucam to do publicznego wglądu, gdyż są osoby które angielskiego nie znają, więc zadowolą się nawet moją, marną, wersją. Jak to mówią - lepszy rydz, niż nic.
Tak więc to tłumaczenie tak tu sobie wisi, a wy czytacie je na własną odpowiedzialność.

środa, 28 grudnia 2011

Rozdział 43: Ufasz mi?

Oto i jest. Zdążyłam jeszcze w swoje urodziny :D


Rozdział 43: Ufasz mi?
Andromeda nie miała większych problemów z uzyskaniem pozwolenia na rozmowę z Aletą i Syriuszem. Aurorką przy celach była kobieta o włosach prawie zupełnie srebrnych, choć gdzieniegdzie zachowały się jeszcze blond pasemka. I pamiętała Uzdrowicielkę.
Byłam na służbie tej nocy, kiedy przyszłaś tu zobaczyć swoją siostrę – powiedziała, wyciągając rękę do Andromedy. – Letcia Halcyon.
Andromeda Tonks. Andy.
Aurorka Halcyon podniosła zwój pergaminu i umoczyła pióro w atramencie.
Więc – nic osobistego, muszę to wpisać w dokumenty – dlaczego chcesz się z nimi zobaczyć?
Cóż, zatem, do dokumentów, pan Lupin poprosił mnie abym do nich zaglądnęła, upewniła się że wszystko u nich dobrze. Wystarczy?
Oczywiście. – Aurorka zapisała coś na pergaminie, po czym spojrzała z powrotem na Andy. – Dokumenty są kompletne – powiedziała, pozostawiając nutę niedopowiedzenia.
Andy dotknęła palcem warg, zastanawiając się intensywnie co może powiedzieć, a o czym lepiej nie wspominać.
Syriusz jest moim kuzynem, a nie widziałam go, oczywiście, od strasznie dawna. Zawsze lubiłam go i Aletę. Znałam ją, zawsze byli mniej czy bardziej ze sobą, zanim... to wszystko się stało, więc spotkałyśmy się wiele razy. Chcę się upewnić, że wszystko z nimi w porządku.
Więc, w gruncie rzeczy, w dokumentach widnieje prawda. – Halcyon pokiwała głową. – Lubię to. Kiedy załatwia się sprawy uczciwie. Powiedz... Tonks. Mamy kandydatkę o takim nazwisku. Na imię ma Nimfa... coś.
Nimfadora. – Andy uśmiechnęła się. – Moja córka. Kończy Hogwart w czerwcu.
Cóż, jej SUMy wyglądają dobrze. Jeśli zda OWTMy i test wstępny, z przyjemnością ją przyjmiemy. Co do twojej prośby, to myślę, że mogę się spokojnie do niej przychylić. W końcu, co oni mogą ci zrobić – to ty jako jedyna będziesz mieć różdżkę.
Usta Andy znowu rozciągnęły się w uśmiechu.
Zapewne masz rację.
Które z nich chcesz ujrzeć jako pierwsze?
Aletę. To jest panią Freeman.
Halcyon zacisnęła usta, uważnie przeglądając zwój.
Hmm... Tu jest napisane, że aktualnie każe się nazywać Freeman-Black.
Tak, Remus wspomniał że się pobrali. To musiał być mugolski ślub. – Andy zmarszczyła brwi. – Czy jest to legalne w świetle prawa czarodziejów?
Naprawdę mam nadzieję, że tak – powiedziała Halcyon z nutką ciepła w głosie. – Nie chciałabym zostać uznana za nieślubne dziecko.
Andy zakryła usta, zmartwiona popełnionym faux pas.
Przepraszam.
Nie wiedziałaś – odpowiedziała Halcyon wzruszając ramionami. – A to ma duże znaczenie. Dla każdego, wyłączając maniaków czystości krwi. Mogliby wszyscy podzielić los tego którego oszołomiłaś w '84.
Amen – zakończyła gorąco Andy. Wtedy sobie przypomniała. – Och, muszę cię spytać o jeszcze jedną sprawę. Co wasze zasady mówią o trzymaniu więcej niż jednej osoby w tej samej celi?
Halcyon skrzywiła się.
Zupełnie, bezwzględnie, absolutnie nie do zrobienia. A nawet jeśli to ja nie jestem osobą która miałaby takie możliwości. Musisz zgłosić się do kogoś wyżej, a na pewno dziś ich nie będzie, w końcu mamy dwa dni do Świąt i niedzielę...
Tym razem Andromeda wykrzywiła usta w niezbyt wesołym grymasie.
Jesteś pewna, że nie mogłabyś nagiąć reguł?
Halcyon potrząsnęła głową, wyraźnie zasmucona.
Przykro mi, ale od tego może zależeć moja praca. – Spojrzała na Andy. – Ale spróbuję coś zrobić. Jak długo masz zamiar z nimi rozmawiać?
Jakąś godzinę.
Pójdę w tym czasie na górę i sprawdzę czy znajdzie się tam ktoś posiadający wystarczającą władzę by troszkę nagiąć reguły.
Dziękuję ci – odpowiedziała szczerze Andromeda. – Nawet nie wiesz ile to dla nich znaczy. Gdzie mogę znaleźć Letę?
Prosto aż do końca korytarza, potem w prawo. Na pewno ją znajdziesz, jest jedyną która tu siedzi. Kiedy będziesz chciała zobaczyć Blacka, po prostu wróć się po własnych śladach – w lewo i do końca korytarza, a znajdziesz się tutaj. Następnie skręć w prawo, dojdź do końca tamtego korytarza i znowu w prawo. Załapałaś? – Ton Halcyon nie był protekcjonalny ani ironiczny, po prostu energiczny.
Załapałam – odparła Andy z wdzięcznym uśmiechem. – Trafię.
Mam taką nadzieję.

Przed dotarciem do celi Syriusza Andy zatrzymała się, próbując pozbierać myśli. Rozmowa z Letą była prosta. Aż zbyt prosta. Zabrała jej stanowczo zbyt dużo czasu i teraz aurorka musiała się spieszyć. Było już wpół do czwartej. Rozmowa z Syriuszem będzie musiała być krótka.
Zastanów się chwilę. Leta powiedziała, że możesz mu ufać. Remus nawet o tym nie wspomniał – było to dla niego po prostu oczywiste. Draco jest z nim szczęśliwy. Wszystkie ich dzieci – ich wilczki – są szczęśliwe. Sama to widziałaś. Jak człowiek którego wszyscy tak kochają mógłby być tym bezlitosnym mordercą z Proroka?
Po prostu mu zaufaj, tak jak ufałaś temu porypanemu młodszemu kuzynowi, podrzucającemu ci chochliki do łóżka.
Uśmiechnęła się krzywo. To nie powinno być trudne. On jest tym porypanym młodszym kuzynem, który podrzucał mi chochliki do łóżka.
Dotarła w końcu do jego celi i zatrzymała się. Siedział z głową w dłoniach ale na dźwięk jej kroków podniósł wzrok i spojrzał na nią, wyraźnie zaskoczony.
Ty – powiedziała – jesteś prawdziwym kłopotem.
Nie, psze pani – odpowiedział wyniośle. – Jestem Syriusz Black*.
Oboje wybuchnęli śmiechem.
Nie wierzę, że to zapamiętałaś – powiedział Syriusz, z tym samym czarującym uśmiechem który pamiętała, może troszeczkę zmienionym przez wiek i doświadczenia. – Ile czasu minęło od kiedy tak żartowaliśmy? Dziewięć, dziesięć lat?
Przynajmniej. – Andromeda zastanowiła się, z początku wyczarowując sobie krzesło, tak jak zrobiła to przy celi Lety, po czym w końcu usiadła na podłodze, na poziomie Syriusza. – Co u ciebie? – zapytała patrząc prosto na niego.
Sformułowanie odpowiedzi zajęło mu trochę czasu.
Bywało lepiej – powiedział w końcu. – Ale też bywało gorzej. Na myśl przychodzi mi choćby Azkaban.
Mogę to sobie wyobrazić.
Nie, jeśli tego nie przeżyłaś, nie możesz – powiedział bardzo cicho. – W tej kwestii możesz mi zaufać. Nie chciałabyś być w stanie sobie tego wyobrażać.
Ufam ci.
Syriusz spojrzał na nią, zaintrygowany.
Naprawdę?
Rozmawiałam z Remusem i Letą.
Co u nich? – zapytał szybko. – I czy widziałaś Danger? Żonę Remusa, niezbyt wysoka, brązowe puszyste włosy, nieprzytomna – o ile nie obudziła się przez ostatnie parę godzin?
Od końca – nie, jeszcze się nie obudziła, tak, widziałam ją i, zanim zdążysz zapytać, nie, nie wiem co jej jest.
Syriusz westchnął.
Obawiałem się że to powiesz. Naprawdę trudno jest tak trwać w niewiedzy. Zależy mi na niej. Oczywiście nie w taki sposób który mógłby zmartwić Letę, rozumiesz.
Jak o siostrę. A o Remusa jak o brata.
Dokładnie.
Leta powiedziała to samo. U niej mniej więcej wszystko dobrze – trochę płakała kiedy rozmawiałyśmy o waszych wilczkach.
Nie dziwię się jej. Sam się czuję jakbym miał się za chwilę rozpłakać. – Syriusz zamknął na chwilę oczy. – Zapewne ona ci już wszystko wytłumaczyła – powiedział trochę drżącym głosem. – albo Remus. Ale my naprawdę kochamy tamtą czwórkę ponad wszystko. Oni są naszym sensem życia – sensem istnienia, w ten dobry sposób.
Mów dalej – powiedziała Andy, lekko wychylając się do przodu.
Gdybyśmy nie zrobili tego dla Harry'ego nie byłoby Sfory – wyjaśniał. – Teoretycznie, ja jestem jego opiekunem, ale nie byłem w stanie się nim zająć po ucieczce z Azkabanu, a Leta nie mogła tak po prostu porzucić pracy. Poza tym, nie byłbym w stanie zabrać z jego życia Lunatyka i Danger. Więc zamieszkaliśmy razem, tak żeby Harry mógł mieć nas wszystkich. Niewiele później nasze serca podbiła Hermiona. Później Megan, a w końcu i Draco. Gdzieś, w międzyczasie, zorientowaliśmy się że lubimy swoje towarzystwo, naszą przyjaźń. Ale gdyby nie Harry, to nigdy nawet nie zastanowilibyśmy się nad takim rozwiązaniem.
Jestem pewna, że ma się dobrze – powiedziała impulsywnie Uzdrowicielka. – Jestem pewna, że wszystkie wilczki mają się dobrze.
Skoro mówi to Szefowa Andy, to musi być prawda – zaintonował Syriusz, co wywołało na jej twarzy uśmiech. Niestety on szybko się rozwiał. – Co z Remusem?
Martwi się – odpowiedziała. – Martwi się o ciebie i Aletę, martwi się o wasze wilczki, ale najbardziej martwi się o Danger.
Nie dziwię się. Byli bardzo blisko.
Andy szybko zdecydowała się, że spróbuje wyciągnąć od niego coś więcej.
Wspomniał o czymś, co nie do końca zrozumiałam. Coś o wyczuwaniu swojej obecności...
Było między nimi jakieś połączenie – powiedział ostrożnie więzień. – Każde z nich wiedziało co druga osoba myśli czy czuje w danym momencie.
Jak telepatia.
Tak sądzę. Ale kiedy Danger... straciła przytomność... połączenie się urwało. Nie mieli ze sobą kontaktu już przez długi czas. Myślę, że to najbardziej przestraszyło Remusa. Zawsze strasznie się obawiał, że ją straci.
Nigdy wcześniej z nikim nie był – stwierdziła, w zamyśleniu, Andy. – Nie przypominam sobie żeby kiedykolwiek choćby umówił się na randkę. Często mu z tego powodu dokuczałeś.
Zawsze był nieśmiały towarzysko z powodu swojego... futerkowego problemu. Myślę, że obawiał się zbliżyć do jakiejkolwiek dziewczyny, ponieważ musiałby jej o tym powiedzieć, a ona, najprawdopodobniej, zostawiłaby go wtedy. To byłoby po prostu najbardziej rozsądne dla niej wyjście, jeśli wychowywana była w magicznej rodzinie. W końcu, wilkołaki są przerażające, złe i niebezpieczne.
Andy nie mogła powstrzymać się od uśmiechu, gdy usłyszała dziecięcy ton jakim wypowiedział parę ostatnich słów.
Jak rozumiem, ta Danger nie wychowywała się w magicznej rodzinie? – zapytała.
Dopóki nie przekroczyła dwudziestki, była zwykłą mugolką – wyjaśnił Syriusz. – Miała ukryty talent magiczny. Wydobył się na zewnątrz z powodu szoku. Śmierci jej rodziców.
Andromeda ciężko westchnęła. Wystarczająco źle było stracić jednego rodzica naraz, ale Syriusz wyraźnie powiedział rodziców.
Umarli oboje? – zapytała.
Tak, zostali zabici przez Śmierciożerców – potwierdził. – Choć oczywiście, ona tego wtedy jeszcze nie wiedziała.
Andromeda pokręciła głową, nic nie mówiąc. Wtedy przypomniała sobie powód tych odwiedzin i zaklęła cicho po spojrzeniu na zegarek. Już była spóźniona.
Syriuszu, Remus pytał o was. Ciebie i Letę. Chciałby mieć was blisko. No więc ja obiecałam mu, że porozmawiam z kimś mającym tu jakąś władzę, i że wrócę do niego w ciągu godziny, i...
Porozmawiasz z kimś mającym tu jakąś władzę? – powtórzył Syriusz. – Powodzenia. To miejsce jest tak zorganizowane, że chyba prędzej przebijesz głową ceglany mur.
Andromeda wciągnęła powietrze przez zęby.
Też odniosłam takie wrażenie – odpowiedziała zirytowana.
Przydało by się coś wstrząsającego, aby zechcieli umieścić nas wszystkich w jednej celi – powiedział Syriusz. – Jakiś rodzaj kryzysu, coś czego nie będą mogli zignorować. – Przestał mówić i spojrzał na nią. Jego wargi poruszały się cicho, jakby mówił coś sam do siebie.
Coś nie tak? – zapytała Andy.
Do tej pory Syriusz siedział ze skrzyżowanymi nogami, ale teraz położył je prosto.
Wszystko w porządku – powiedział cicho, obracając się raz w jedną, to w drugą stronę, wyraźnie rozciągając plecy. – Myślę, że mam pomysł.
Pomysł – powtórzyła Andy, takim samym cichym tonem jakiego on używał. – A cóż to za pomysł?
Syriusz podniósł się na kolana i pokręcił ramionami, po czym zbliżył się jeszcze trochę do krat.
Andy, ufasz mi?
Cóż, pytanie za milion galeonów, tak? – odpowiedziała pół żartem. – Dlaczego pytasz?
Nie mogę ci teraz powiedzieć. – Popatrzył jej prosto w oczy. – Ale, proszę uwierz mi, nigdy cię nie skrzywdzę. Nie skrzywdzę nikogo. Oczywiście za wyjątkiem Petera Pettigrew i paru innych idiotów z wężami wytatuowanymi na ramieniu. Nigdy nikogo nie zabiłem i nigdy nie zdradziłem Lily i Jamesa. Harry jest szczęśliwy i zdrowy, dokładnie tak jak oni by tego chcieli. – Przerwał na chwilę, jakby zastanawiając się nad kolejnymi zdaniami. – Zachowujesz się tak, jakbyś chciała nam pomóc. A ja myślę, że wiem jak możesz to zrobić. Ale musisz mi zaufać. Naprawdę zaufać, a nie tylko tak powiedzieć. Więc jak, ufasz mi, Andy?
Andromeda spojrzała na swojego kuzyna, niesławnego mordercę, największego kryminalistę w Brytanii. Męża Lety. Brata Remusa. Ojca Draco.
Tak
W takim razie, zbliż się
Andromeda spojrzała na niego przez chwilę, po czym powoli pokiwała głową.
Dobrze
Przypadkowo, dotknęła kieszeni w której trzymała różdżkę.

Uzdrowicielko Tonks? – zawołała Leticia Halcyon wychodząc z kominka. – Jesteś tutaj?
Jakaś kobieta krzyknęła.
Leticia biegła jeszcze zanim przebrzmiało echo. Coś się stało, wiedziałam, wiedziałam że nie powinnam odchodzić...
Inne stopy uderzały podłogę tuż za nią, przypominając jej boleśnie kogo ze sobą przyprowadziła. I teraz świetnie wypadnę w oczach Dyrektorki Departamentu...
Miała dużo szczęścia, a przynajmniej tak sądziła jeszcze parę minut temu. Amelia Bones akurat przybyła na prośbę Albusa Dumbeldore'a, aby przedyskutować coś w sprawie jutrzejszego procesu i Leticia złapała ją zanim ta zdążyła opuścić budynek. Bones zgodziła się przyjść i wysłuchać co Uzdrowicielka ma do powiedzenia, ale aurorka obawiała się, że nic z tego nie wyjdzie – dyrektorka znana była z ścisłego przestrzegania reguł...
Minęła róg korytarza i zatrzymała się, przerażona.
Andromeda Tonks siedziała plecami do celi Syriusza Blacka. Jej oczy przepełnione były strachem. Black przyciskał ją jednym ramieniem do krat, w drugiej ręce trzymał różdżkę wycelowaną w gardło Uzdrowicielki. Zapewne jej własną różdżkę, jak stwierdziła Leticia.
Jedno słowo – warknął morderca. – Jedno moje słowo, a zacznie krzyczeć. Dwa i zginie.
Czego chcesz? – zapytała ostro Bones.
Moich przyjaciół – odpowiedział cierpko Black. – Chcę, żeby byli tu ze mną. Teraz.
Oszalałeś – powiedziała stanowczo Leticia. – Proszę pani, jeden z jego przyjaciół jest wilkołakiem. Księżyc zaraz wzejdzie, pozabija ich wszystkich.
Być może więc wszyscy chcemy umrzeć – powiedział Black, uśmiechając się bez cienia humoru. – Zróbcie to. Teraz.
Proszę – powiedziała Tonks, głosem który przypominał bardziej przerażony pisk. – Zróbcie co mówi.
Cholera. Takie sytuacje nigdy nie kończą się dobrze. Pomyślała aurorka.
Proszę pani? – powiedziała niepewnym głosem.
O jak wielu ludziach mówimy? – zapytała Bones, wciąż patrząc na Blacka.
Jeszcze trzech, proszę pani. Dwie kobiety – jedna z nich jest nieprzytomna – i mężczyzna. On jest wilkołakiem.
To nie ma żadnego sensu, chłopcze – Bones zwróciła się do Blacka. – Dlaczego grozisz jej życiu aby własne postawić w niebezpieczeństwie?
Mam swoje powody – odpowiedział sucho. – Zrobicie to czy nie?
Dyrektorka pokiwała głową bardzo powoli.
Zrobię to. Ale pod jednym warunkiem. Postawię tu więcej ochrony. Gdyby twoi przyjaciele przypadkiem próbowali czegoś zanim znajdą się tu z tobą.
Nic nie zrobią. Ale skoro nalegasz, proszę bardzo. O ile się pospieszysz. Ty, aurorka – Black warknął do niej. – Która jest godzina?
Piętnasta czterdzieści dwa – odpowiedziała Leticia patrząc na zegarek.
Macie pięć minut – powiedział kryminalista do Bones. – Później zacznę szukać interesujących sposobów aby wasza Uzdrowicielka zaczęła krzyczeć.
Halcyon – powiedziała dyrektorka nie odrywając oczu od Blacka. – Shacklebolt powinien być ciągle w swoim gabinecie. Sprowadź go i kogokolwiek na kogo jeszcze trafisz, jak najszybciej możesz.
Tak, proszę pani – Leticia rozpoczęła powrotny bieg.
O Boże, co jeśli coś się jej przeze mnie stanie, pozwoliłam jej tam wejść, nie poszłam z nią, to moja wina, moja wina, a ona ma córkę, rodzinę, moja wina...
To wszystko było wystarczającą zachętą aby zrobiła co ma zrobić i to szybko.

O piętnastej czterdzieści sześć, Aleta podniosła wzrok, zaskoczona, gdy drzwi do jej celi otwarły się.
Choć, choć – powiedział mały człowiek, machając na nią. – Na zewnątrz. Jesteś przenoszona.
Jestem przenoszona. W jaki miły sposób mi to oznajmił. Jakbym była rzeczą.
Ale wyszła i szła posłusznie poprzez korytarze, skręcając tam gdzie kazał, cały czas czując jego różdżkę na plecach. Usilnie opierała się chęci zapytania go co on, do diabła, sądzi, że ona za chwilę zrobi.
Gdy wyszła zza ostatniego zakrętu, zamarła.
O. Mój. Boże.
Syriusz celował różdżką w Andromedę, wpatrując się w Amelię Bones.
Ruszaj się – warknął mężczyzna, szturchając ją swoją różdżką. – Tam. – Wskazał drzwi do celi Syriusza które, jak Aleta właśnie zauważyła, były otwarte. I... czyżby ktoś leżał na łóżku?
Gdy przesunęła się dalej o parę kroków, zobaczyła że faktycznie – ktoś tam leżał i to ktoś z brązowymi, kędzierzawymi włosami...
Nie pamiętała reszty drogi do celi, ani tego jak minęła Syriusza, nie pamiętała niczego do momentu gdy klęczała obok łóżka, trzymając dłoń Danger w swoich.
Jej przyjaciółka nie ruszała się, nie budziła. Ale jej puls bił równo, a klatka piersiowa unosiła się i opadała – niestety wolno, strasznie wolno.
Znowu jesteśmy razem. Ale za jaką cenę?
Zmusiła się by patrzyć na Danger, nie na Syriusza. Nie widzieć na jego twarzy wyrazu dzikości i, być może, zadowolenia z powodu trzymania Andromedy na swojej łasce.
Powiedziałam jej, że może mu zaufać. Ufała mu z powodu mojego słowa.
A on zdradził to zaufanie.
Zdradził mnie.
Okropne, znajome uczucie zaczęło ją ogarniać. Rozpoznała je z przerażeniem.
Nigdy nie sądziłam, że znowu będę się tak czuć.
To była swoista mieszanka dezorientacji i smutku, którą odczuwała już, w mniejszym lub większym natężeniu, pod koniec roku 1981 i na początek 1982. Nieprzyjemne uczucie zniknęło, zupełnie niespodziewanie, pewnego marcowego poranka, w kuchni domu w Surrey.
A teraz wróciło.
Przez to, że teraz jest wszystkim, czym myślałam że był. Zabójcą. Dręczycielem.
Krzywoprzysięzcą.
A gdzie ostatni? – warknął Syriusz. To nawet nie brzmiało jak jego głos. Miała kłopoty z oddychaniem, bała się, że zaraz zemdleje...
Ostatni? Jeszcze jedna osoba?
O mój Boże... On ma na myśli Remusa.
Będziemy tu zamknięci z nieokiełznanym wilkołakiem.
Syriusz faktycznie oszalał.
Zagapiła się na zrelaksowaną twarz swojej sforzej-siostry. Och, Danger. Nigdy nie potrzebowaliśmy cię bardziej niż teraz...
Wolne kroki przykuły jej uwagę.
W zasięgu wzroku pojawił się wolno idący i wyraźnie kulejący Remus. Jego twarz nie wyrażała niczego. Nawet nie mrugnął w reakcji na dziejące się przed celą wydarzenia.
Tam – powiedział głęboki głos Kingsleya Shacklebolta, a jego postać wyłoniła się zza rogu zaraz za Remusem. Popychał ramię wilkołaka swoją różdżką, ale nie tak niegrzecznie jak auror odprowadzający Aletę. To był wręcz przyjazny gest. – Dalej, do środka.
Remus spojrzał prosto na Syriusza.
To jest naprawdę zły pomysł – powiedział spokojnie.
Wiem.
Będziesz tego naprawdę żałował.
Wiem.
Ostania szansa żebyś zmienił zdanie.
Nie ma mowy.
Remusz wszedł do celi. W momencie kiedy znalazł się w środku, Syriusz odrzucił różdżkę i uwolnił Andromedę, która od razu odskoczyła od celi, z oczami rozszerzonymi ze strachu.
Co to, do cholery, było? – zapytał groźnie Remus, łapiąc Syriusza za ramię i podnosząc go na nogi. – Co tyś sobie do diabła myślał, robiąc coś takiego?

Remus nie mógł sobie przypomnieć, żeby kiedykolwiek był choć trochę tak wściekły jak teraz.
Zupełnie straciłeś rozum, o ile kiedykolwiek go miałeś – warknął prosto w twarz Syriusza. – Ty skończony głupku. Bez Danger, nie jestem bezpieczny! Nie masz szans mnie kontrolować. Nie z dwójką ludzi będących tu z nami. Zabiję je, ty draniu! – Miał już problemy z kontrolowaniem swojego głosu. – Naprawdę chcesz żeby zginęły?
Nie sądzę aby one były zmuszone umierać – odpowiedział Syriusz. – Ale uważam, że ty stanowczo powinieneś się uspokoić.
Czy to żart? Bo jeśli, to naprawdę nieśmieszny. Mamy – Remus spojrzał na zegarek. – dokładnie dziesięć minut do wschodu księżyca, a ja jestem tu z wami. Ty groziłeś niewinnej osobie, tylko po to by sprowadzić tu mnie i całą resztę. I ty chcesz żebym ja się uspokoił? Ha, ha. Bardzo śmieszne. I nie do zrobienia. Jak mogłeś mi to zrobić? – Ostatnie słowa były już prawie krzykiem. Odwrócił się do Danger, tak nieruchomej, tak bladej, leżącej na łóżku z Aletą klęczącą tuż obok ze spuszczoną głową. – Boże, nie chcę jej zabić. Nie chcę zabić żadnego z was...
A więc tego nie rób – powiedział Syriusz śmiertelnie poważnym tonem. – Zawołaj Danger z powrotem. Prosiła cię byś to zrobił. Więc zrób to.
Zrób to – powtórzył Remus. – Po prostu to zrób. Zupełnie jak to. – Pstryknął palcami. – O to ci chodzi?
Tak. Właśnie o to mi chodzi.
Cudownie. Pięknie. Genialnie. Jest tylko jeden problem. Nie mam pojęcia jak. – Ostatnie zdanie syknął Syriuszowi prosto w twarz. Byli podobnego wzrostu – Syriusz był tylko jakiś cal wyższy – więc nie było to jakieś trudne. Animag nawet nie drgnął gdy ochlapała go ślina.
Teraz masz motywację, żeby odkryć jak – powiedział spokojnie.
Motywację? – Remus nie mógł uwierzyć w to co usłyszał. – O to ci chodziło? Dać mi motywację? Zupełnie straciłeś rozum Syriuszu. Jesteś kompletnie szalony.
A ty tracisz czas – odparował Syriusz. – Wierz lub nie, Lunatyku, ale wiem co robię. Nazwijmy to skalkulowanym ryzykiem.
Remus powiedział mu dość dosadnie co i gdzie może robić ze swoimi kalkulacjami i ryzykiem, na co animag zagwizdał z podziwem.
Nie sądziłem, że chociażby znasz niektóre z tych słów – powiedział. – Ja nie znam niektórych. – Znowu przybrał poważny wyraz twarzy. – Jednak lepiej żebyś już zaczął. Nie ma zbyt dużo czasu.
Remus jeszcze przez chwilę gapił się na swojego przyjaciela, po czym odwrócił się w stronę pryczy, na której leżała Danger. Aleta usunęła mu się z drogi.
Leta... – Wilkołak złapał ją za ramię i przyglądnął się jej dobrze, zastanawiając się, czy kiedykolwiek jeszcze zobaczy ją żywą. – Naprawdę przepraszam. Za wszystko.
Nie przepraszaj – odpowiedziała, trochę nieswoim głosem. – To nie twoja wina.
Objęła go i Remus poczuł się troszkę – ale tylko troszkę – lepiej.
Leta, mogę z tobą pogadać? – Usłyszał pytanie Syriusza gdy klękał obok Danger.
Naprawdę, nie chcę teraz z tobą rozmawiać, Syriuszu Black.
W chwili gdy wziął w ręce dłoń Danger, wyłączył się zupełnie na ich rozmowę. Jak zwykle, ból w jego stawach, ból spowodowany bliską przemianą, zmniejszył się gdy tylko jej dotknął. Ale tym razem to było zbyt mało, czuł to. Jej fizyczna obecność mogła zmniejszyć niektóre efekty wschodzenia księżyca, ale to jej umysł – jej dusza – był potrzebny do trzymania w ryzach jego wilczej osobowości.
Zawołaj mnie do domu”, powiedziała. „Zawołaj mnie z powrotem”. No dobra. Wołam.
Zebrał wszystkie swoje potrzeby – fizyczne, mentalne, emocjonalne, wszystkie. Jego ciało potrzebowało jej dotyku, jego myśli – głosu. Ale przede wszystkim, jego dusza potrzebowała jej miłości. Zmieszał je wszystkie w jedną, drżąc od jej intensywności, po czym uwolnił ją, wypowiadając imię swej potrzeby. Posłał je daleko, aby dosięgło tej, do której należało.
Danger...
A później czekał.
Bo jeśli to miało nie wystarczyć, to nie miał pojęcia co tego dokona.

Jaka jest twoja decyzja? – zapytał Godryk Gryffindor.
Danger wyprostowała się godnie.
Zdecydowałam pozostać z wami, a magię swą wysłać z powrotem na Ziemię, aby broniła mej Sfory od wszelkiej szkody. Jak powiedziałam, tak niech się stanie.
Więc tak się stanie – odpowiedzieli ludzie zebrani w pokoju – trzej wierni Założyciele Hogwartu i siódemka ich dzieci, włączając syna Salazara Slytherina. On właśnie patrzył się w nią przenikliwym wzrokiem, gdy opuszczała pokój, kolejno kłaniając się lub dygając Danger.
Mam coś na twarzy? – spytała go dziewczyna.
Nie. Jestem jednakowoż trochę zdziwiony twoją decyzją.
Dlaczego?
Nie wydawałaś się być samolubną osobą.
Zanim zdążyła sformułować odpowiedź, wstał, skłonił się jej lekko i opuścił pomieszczenie.
Samolubną?
W jaki niby sposób można określić zrezygnowanie z tego czego chcę najbardziej na świecie, byciem samolubną?
Krew zawrzała w niej ze złości. Skierowała się w stronę drzwi, gotowa do powiedzenia mu co o tym sądzi...
Wielka Sala Hogwartu była pusta.
Oczywiście, że jest pusta. To jest sen. Albo inna-wyższa rzeczywistość, czy coś w tym guście. Zapewne można się przenieść prosto do miejsca o którym pomyślisz. Coś jak Aportacja, ale bez żadnych trudności.
Będę się musiała tylko nauczyć jak.
Nagle, fakt tego co postanowiła uderzył w nią z całą swoją siłą. Osunęła się na stopnie podium, drżąc.
Będę musiała się nauczyć jak. Ponieważ tu zostaję.
Nigdy nie wrócę do domu.
Nigdy nie wrócę do Sfory.
Nigdy nie przeżyję kolejnej Jaskiniowej nocy.
Nigdy nie poprawię opowiadań Syriusza.
Nigdy nie spróbuję nauczyć Letę jak bełtać jajka.
Nigdy nie poślę wilczków do Hogwartu.
Nigdy więcej nie zobaczę już żadnego z nich...
Nie. To nie do końca prawda. Będę mogła ich widzieć. Jeśli Gryffindor nauczy mnie jak robić tę sztuczkę z powietrzem – jeśli dam radę się tego nauczyć – będę mogła zobaczyć ich kiedykolwiek zechcę...
Spojrzała w górę, na zaczarowane sklepienie. Widok ciemnego, zasnutego chmurami nieba nie był dla niej wielkim zaskoczeniem.
Ale ja jestem Sforą – nie, byłam Sforą – a my potrzebujemy – oni potrzebują – dotykać, trzymać, czuś się nawzajem. Widzenie tego nie wystarczy. W żaden sposób.
Ale będzie musiało.
Chmury nad jej głową były ciężkie i ponure. Sala pogrążyła się w mroku.
Danger zaczęła cichutko płakać.
Zrobiłam to co najlepsze dla wszystkich. Zrobiłam to co musiałam zrobić.
Ale dlaczego to musi tak boleć?
Danger...
To nie była jej myśl. Po ośmiu latach, spokojnie mogła wyczuć różnicę.
Remus! – wykrzyknęła na głos, automatycznie jej ręka podniosła się do szyi na dźwięk jego głosu. Tak udręczonego. Tak zdesperowanego.
Nie. Wyobraziłam to sobie. To nie był on. Już nigdy nie usłyszę jego głosu...

Remus!
To był głos, na który czekał od trzech godzin. Głos, którego obawiał się już nigdy nie usłyszeć. Danger – dzięki Bogu, nie umarłaś. Ale gdzie jesteś? Proszę, wróć.
Nie, powiedziała jakby do siebie. Wyobraziłam to sobie. To nie był on. Już nigdy nie usłyszę jego głosu. Już nigdy nie będziemy razem. Ale chciałabym móc chociażby się pożegnać...
Połączenie między nimi było cieniutkie, w każdej chwili mogło pęknąć. Remus przeglądał je desperacko, starając się zebrać jak najwięcej faktów – była uwięziona w jakimś miejscu, miejscu które uznałaby za wspaniałe, gdyby nie było jej więzieniem; musiała zostać, z powodu jakiejś umowy którą zawarła...
Każda umowa może być renegocjowana. Ciągle powinna móc wrócić.
Ale nie może zrobić tego sama. Już dała swoje słowo.
Gdy tylko zorientował się lepiej w sytuacji, wiedział już co musi zrobić.
A niech cię, Syriuszu, miałeś rację. To było niezbędne. W żadnym innym wypadku nie byłbym tak zdesperowany.
Gdzieś z celi usłyszał szlochanie Alety.
Remus zamknął oczy, zbierając całego siebie, swój umysł i duszę, po czym przelał to wszystko w połączenie z Danger, z całej woli pragnąc być tam gdzie i ona, tak jak ona, razem z nią, tak jak powinni być zawsze...

Już nigdy nie będziemy razem. Ale chciałabym móc chociażby się pożegnać...
Tak bardzo bym chciała trzymać go w ramionach. Jeden, ostatni raz.
Pomiędzy jednym a drugim mrugnięciem oka, coś się stało.
Danger spojrzała przed siebie, na długą, ciemną rzecz na podłodze. Cień. Poruszyła ramieniem i cięń również się poruszył. Mój cień.
Ale aby powstał cień, potrzebne jest światło...
Powoli, powoli, obróciła się by sprawdzić skąd pochodziło to nowe światło.
Stał za jedną zaświeconą świeczką, tak że mogła widzieć wyraźnie jak wygląda. Jego twarz była dokładnie taka sama jak zapamiętała. Miał na sobie czarne szaty z czerwoną podszewką.
Wstała, twarzą w twarz z nim. Długo spoglądali sobie nawzajem w oczy. Biel i czerń, światło i cień, brązowy i niebieski.
Potem padli sobie w ramiona i czas przestał się liczyć. Było już tylko teraz i spełnienie tego marzenia, które jeszcze sekundy temu było zupełnie poza jej zasięgiem...
I to zrozumienie, gdzieś w ciemnych zakamarkach jej umysłu, że z powodu tej jednej, krótkiej chwili ich ostateczne rozstanie będzie o wiele trudniejsze...



*jak bym nie kombinowała, nie potrafię przetłumaczyć dobrze tej gry słów. W oryginale, Andy mówi (gdyby to zapisać tak mniej więcej fonetycznie polskimi znakami): „Ju ar sirius trobul.” (tak, wiem wygląda to ślicznie :P), na co Syriusz odpowiada jej: „Noł maam, aj em Sirius Blak” Po prostu jego imię wypowiada się praktycznie tak samo jak słowo „serious” oznaczające „poważny, ciężki, prawdziwy itp.” Naprawdę fajne można układać z tego gry słowne o niepoważnym „poważnym” Blacku, ale niestety tylko po angielsku. Naprawdę nie wiem jak oddać to w przekładzie. Jakby ktoś wpadł na jakiś genialny pomysł, to jestem otwarta na propozycje ;)

piątek, 28 października 2011

Ogłoszenie

Przepraszam, że tak zamilkłam bez słowa. To było co najmniej trochę niegrzeczne, ale cały czas mówiłam sobie, że jeszcze przetłumaczę i wtedy pojawię się już z nowym rozdziałem. Oczywiście, nie udało się.
Chciałam więc ogłosić, że do przerwy świątecznej na następną część tłumaczenia praktycznie nie ma szans. I tak się nie wyrabiam ze wszystkim co mam do szkoły (i nie tylko - taka jest cena startowania w olimpiadach przedmiotowych), tłumaczenie zeszło na naprawdę daleki plan.
Przepraszam raz jeszcze i mam nadzieję, że znajdę w końcu na to czas.
Pozdrawiam

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Rozdział 42: Długi i umowy


Witam was z powrotem! Przepraszam, że tak długo trwało wklejenie tego rozdziału, ale zebrało mi się akurat na wyjazdy wakacyjne i tak to jakoś zeszło.
Rozdział ten chciałabym zadedykować Izabeli Katarzynie Anastazji, za to że jako pierwsza skomentowała tego bloga, czym wprawiła mnie w bardzo dobry humor i umocniła w przekonaniu żeby udostępniać to tłumaczenie szerszemu gronu odbiorców.
Kończę już to ględzenie, miłego czytania!


Rozdział 42: Długi i umowy
Danger obudziła się w świetle.
Leżała w promieniach słońca na równej, zielonej trawie przy brzegu wielkiego, niebieskiego jeziora.
Znam to miejsce. Byłam tu kiedyś.
A może nie?
Miejsce wyglądało znajomo, owszem, ale raczej tak jakby widziała kiedyś jego zdjęcie... słabe zdjęcie, zniszczone i wyblakłe... a z drugiej strony, wiedziała że już kiedyś tu była, chodziła po tej ziemi, rzucała kamienie do tego jeziora...
To jest Hogwart. Zamek powinien być... tam. Dziewczyna usiadła i rozejrzała się dookoła. Zamek faktycznie tam był, wznosząc się majestatycznie na tle nieba, niebieskiego niczym woda w jeziorze. Jego kamienie błyszczały w promieniach słońca...
Zaraz, zaraz. Coś mi tu nie pasuje. Mamy środek zimy. Dlaczego wszędzie jest zielono i słonecznie?
Wstała i zaraz odkryła następne dziwne rzeczy. Ubrana była w białą suknię, zrobioną z powiewnego, przejrzystego materiału, obszytego koronką. Na nogach miała lekkie trzewiki, również białe. Dotykając swoich włosów, stwierdziła że nie były związane, a w dodatku zaskakująco delikatne i uległe jej ręce. Zazwyczaj zdawały się mieć własny rozum i nie poddawały się żadnym jej zabiegom, mającym na celu ułożenie ich w jakąś bardziej znośną fryzurę.
Wpadła na pewien pomysł. Mocno przycisnęła stopą ziemię. Ta lekko wgniotła się pod jej naciskiem.
To dużo wyjaśnia.
To miejsce było snem. Lub czymś sno-podobnym. W każdym razie, fizycznie nie była w Hogwarcie, ani nie przeniosła się w czasie w sam środek lata.
- Ciekawe jak wyglądam w tym stroju – wymruczała. - Chciałabym mieć tu lustro.
W tym momencie pojawiło się przed nią wysokie lustro.
Oczywiście. Zasady snu. Masz co tylko sobie zażyczysz. Zmierzyła wzrokiem swoje lustrzane odbicie. Wyglądam całkiem nieźle. Ciekawe co się stanie jeśli zażyczę sobie blond włosów? Włosy od razu zmieniły kolor.
Danger krytycznie zmierzyła się wzrokiem. Nie. Lepiej wyglądałam jako brunetka. Odmieniła je więc z powrotem i baczniej przyglądnęła się swojej twarzy, po czym zmarszczyła brwi. Coś jest nie tak.
Podbródek, nie. Wargi, nie. Policzki, nie. Oczy... tak. Coś się dzieje z moimi oczami...
Ale nie mogła stwierdzić co dokładnie było z nimi nie tak. Były takie jak zawsze, ciepłe i brązowe. Oczy jej odbicia patrzyły w jej własne bez cienia wstydu, czy winy...
Brązowe. Całe brązowe. Nie ma w nich nic niebieskiego.
Remus!
Danger odskoczyła od lustra, przeszukując swój umysł. Miejsce, które zawsze pełne było suchego humoru i wyraźnej obecności jej męża, jej miłości, jej najlepszego przyjaciela, teraz dźwięczało bolesną pustką.
Nie. To nie może być prawda.
Ale wiedziała, że tak było.
Ostatnia część wskazówek. Po tym jak powiedzieli mi aby odesłać wilczki. „Wtedy opuścisz swój dom, ludzi z którymi jesteś i przyjdziesz by zostać osądzoną. Nie będziesz miała jak się skontaktować z tymi, których zostawisz. Oni muszą sami przejść swoją próbę, tak jak i ty.”
I cały czas wiedziałam, że to obejmie również nasze połączenie...
Boże, on musi być wściekły, będzie myślał, że nie żyję. Muszę wracać...
Nagle przyciągnął jej uwagę dźwięk podobny do szczeknięcia, dobiegający gdzieś z trawy blisko jej stóp.
Biało-czarne stworzenie spojrzało na nią przenikliwymi, inteligentnymi, czarnymi oczyma. Kiedy zorientowało się, że zwróciła na nie uwagę, zaczęło nieśpiesznie iść w stronę zamku.
- Mam iść za tobą?
Zwierze pokiwało głową.
- Świetnie – Danger zniknęła lustro jednym życzeniem i podążyła za borsukiem w stronę zamku. Przeszli zaledwie parę metrów, gdy dołączyło do nich inne zwierze, tym razem długie, cienkie i wijące się. Gdy nagle przecięło ścieżkę przed nimi, dziewczyna krzyknęła, zanim jeszcze uświadomiła sobie czym ono jest.
- Przepraszam... - Przycisnęła dłoń do klatki piersiowej, gdzie jej serce biło w zawrotnym tempie, po czym zaśmiała się słabo. - Nie spodziewałam się ciebie. A chyba powinnam, czyż nie tak?
Wąż pokiwał głową, wydając przy tym dźwięk, który Harry zapewne nazwał by śmiechem. Następnie zaczął iść (czy raczej pełznąć) obok niej.
Na krzyk który zabrzmiał gdzieś z nieba ponad nią, była już bardziej przygotowana. Spokojnie podniosła rękę, by mógł na niej wylądować wielki ptak.
- Och, jesteś piękny – powiedziała z podziwem. - I nawet w połowie nie tak ciężki jak się spodziewałam. Ale, jak sądzę, to dlatego iż jestem we śnie.
Ptak pokiwał głową na znak potwierdzenia.
Gdy dotarli do zamku, Danger nie była już zaskoczona majestatycznym kształtem który pojawił się na ich drodze. Pokłoniła się mu lekko, mile zaskoczona gdy ten odkłonił się jej z powrotem.
Eskortowana przez lwa, orła, borsuka i węża podążyła w stronę Hogwartu i przekroczyła wielkie drzwi, które otwarły się przed i zamknęły za nią, jakby były zaczarowane.
Oczywiście dlatego, że są zaczarowane.
Weszła do pustej Wielkiej Sali. Od razu spojrzała w górę, jak zawsze to robiła, aby zobaczyć zaczarowany sufit, dziś niesamowicie niebieski, z pojedynczymi puszystymi, białymi obłoczkami pędzącymi w dal.
Wszystko jest takie jaskrawe, tak czyste i ostre. Normalnie, sny są mniej rzeczywiste niż rzeczywistość.
Orzeł wystartował, raz okrążył Salę, po czym zwinął skrzydła i spikował w dół, mijając bardzo blisko Danger, która instynktownie odskoczyła i przeleciał przez małe drzwi niedaleko stołu nauczycielskiego. Borsuk i wąż podążyły za nim.
- Mam tam pójść? - dziewczyna zapytała lwa, który uroczyście pokiwał głową.
Wzięła głęboki wdech i postąpiła naprzód, w stronę komnaty. Jeden krok. Drugi. Trzeci.
Mogła już zobaczyć wnętrze pokoiku. Byli tam ludzie. Mężczyźni i kobiety, wszyscy ubrani w jaskrawe kolory.
Czwarty. Piąty. Szósty.
Oni wszyscy na coś czekali – na nią...
Siódmy. Ósmy. Dziewiąty.
Boże, nie pozwól mi teraz zemdleć...
Dziesiąty. Była w środku.
Przy trzech ścianach małego pokoju stały krzesła – po jej lewej trzy, po prawej również oraz cztery na ścianie naprzeciw niej. Każde krzesło było zajęte, każdy siedzący patrzył dokładnie na nią.
Czy ja się rumienię? Na pewno się rumienię. Wiem, że jestem cała czerwona, czuję to...
- Gertrudo Kelly Granger, córko Davida, córko Rose, witamy cię serdecznie – powiedział mężczyzna siedzący prawie dokładnie naprzeciw niej, wstając.
Wyglądał trochę jak stary lew. W grzywie jego śniadych włosów i krzaczastych brwi, było widać szare pasemka; miał przenikliwe, żółtawe oczy wyglądające zza okularów w drucianej oprawce i (jak zauważyła gdy wyszedł do przodu i się jej ukłonił) poruszał się z wyraźną gracją, nawet jeśli lekko utykał. Jego czerwone szaty wyraźnie mu pasowały, a nie wyglądały ani na tak nowe by były niewygodne, ani na tak stare by stały się znoszone.
Dygnęła ku niemu.
- Dziękuję ci, panie – powiedziała, czując że język żywcem wyjęty z opowieści Syriusza sam do niej przychodzi, po sześciu latach poprawiania ich dla niego. - Wyglądacie na dobrze poinformowanych o tym kim jestem. Mogłabym i ja dowiedzieć się kim wy jesteście i dlaczego mnie tu wezwaliście?
To nie całkiem była prośba. Mężczyzna uśmiechnął się, kiedy przez pokój przeszła fala szeptów i nerwowych ruchów.
- Bezpośrednio – można by wręcz rzec, że bezceremonialnie – ale jeszcze uprzejmie. Możesz znać odpowiedzi na te pytania. Usiądziesz? - Machnięciem ręki utworzył za nią krzesło.
- Oczywiście – Nie ma sensu stać cały dzień. Usiadła i, pod pretekstem wygładzania spódnicy, rozejrzała się dokładniej po pokoju.
Oprócz mężczyzny który z nią rozmawiał, było jeszcze dwóch ludzi ubranych na czerwono: inny mężczyzna, nieco młodszy, oraz kobieta. Oboje posiadali śniade włosy jak ten starszy. Chłopak przypominał jej troszkę Syriusza – również wyglądał na zrelaksowanego, niezależnie od tego jaką pozę przybrał. Kobieta jeszcze zwiększyła jej odczucie znajomości, ponieważ wyglądała jak Aleta, z tą swoją królewską pozą i opanowaniem.
Siedzieli obok istnego tłumu kobiet ubranych na niebiesko. Wszystkie były prawdopodobnie jakoś ze sobą spokrewnione, gdyby oceniać tylko po ich twarzach. Najstarsza z nich (jeśli te jej śnieżno-białe włosy mogły być jakąś wskazówką), ubrana była w łagodny błękit. Reszta ubrana była różnie: krucho wyglądająca blondynka ubrana była w najjaśniejszy i najłagodniejszy błękit jaki można sobie wyobrazić, ruda kobieta miała na sobie domowe, wyblakłe dżinsy, a czarnowłosa nosiła intensywny, ale nie przesadnie, granat.
Przy przeciwległej ścianie siedział młody mężczyzna i starsza kobieta, oboje brązowowłosi (chociaż u kobiety widać już było srebrne pasemka) i ubrani w słoneczną żółć. Wyglądali na ludzi którym można zaufać, na ludzi których słowo jest jak przysięga. Gdy Danger przyjrzała się im dokładniej, zobaczyła brud pod paznokciami kobiety i zielone plamy na prawej ręce mężczyzny.
Czarnowłosy mężczyzna, już nie młody, ale wyraźnie jeszcze nie stary, siedział obok nich, w szatach koloru trawiastej zieleni. Jego twarz wyrażała pewność siebie i krytycyzm. Był jedynym z całej dziesiątki, który zauważył że dziewczyna się mu przygląda. Gdy jego oczy, zielone jak i szaty, spotkały jej, Danger znowu oblała się rumieńcem i szybko wyprostowała, zwracając się w stronę mężczyzny w czerwieni, mówiącego do niej.
- Chciałaś wiedzieć kim jesteśmy i jaki mamy do ciebie interes – powiedział i przyszli jej nagle na myśl Syriusz i Narcyza, używający formalnej mowy, aby trudne sprawy uczynić łatwiejszymi do przedyskutowania. - Znasz już trójkę z nas.
Wskazał na siebie, białowłosą kobietę ubraną na niebiesko i starszą kobietę w żółtym, które podniosły się ze swych miejsc i stanęły przy nim. Niebieski, czerwony i żółty w jakiś sposób harmonizujące ze sobą, a nie kłócące się.
- Jesteśmy Założycielami Hogwartu.
Danger szybko zamknęła usta, zanim zdążyłaby zaślinić sobie sukienkę.
- Ale... - próbowała się wysłowić.
- Daj mi zgadnąć – powiedziała kobieta w żółtym, która musiała być Helgą Hufflepuff. - Jesteśmy martwi.
Dziewczyna słabo pokiwała głową.
- Umarliśmy to prawda – powiedziała druga kobieta, z pewnością Rowena Ravenclaw. - Ale po śmierci wybraliś...
- Zostaliśmy wybrani – przerwała Hufflepuff.
- Zgodziliśmy się na zostanie wybranymi – dalej poprawił mężczyzna który, jak sobie uświadomiła, musiał być Grodrykiem Gryffindorem. - Aby pozostać w pobliżu świata gdzie kiedyś żyliśmy i pomagać od czasu do czasu wydarzeniom które się na nim dzieją.
- Reszta to nasze dzieci – dodała Ravenclaw, wskazując za siebie w stronę trzech siedzących kobiet, jej córek, jak uświadomiła sobie Danger. - Im również został zaoferowany ten wybór i wszystkie zdecydowały się dołączyć do nas.
Danger zwróciła wzrok ku mężczyźnie w zieleni. Ten powstał.
- Ja jestem, jak już być może zgadłaś, tak zwanym „dobrym” synem Salazara Slytherina – powiedział, ze śladem ironii w głosie. - On i mój brat Mattias, pokłócili się z resztą Założycieli na temat czystości krwi – ta historia zapewne przetrwała aż do twoich czasów.
- Owszem – odpowiedziała Danger zdumiona spokojem w swoim głosie – Tym co nie przetrwało, jest twoje imię. Jeśli mogę spytać...
- Aleksander. Jako jedyny, z trójki Slytherin'ów którzy przysięgli, dotrzymałem słowa. Mój ojciec i brat złamali złożone śluby i nigdy nie odnajdą spokoju; czy to w dzień, czy w nocy, dopóki żyli, a nawet i po śmierci. - Jego słowa zabrzmiały jakoś uroczyście.
Nagle Danger zdała sobie sprawę gdzie słyszała to wcześniej.
- Przysięga... Przysięgliście sobie nawzajem...
- Dłonią w dłoń – powiedział Gryffindor, wyciągając rękę w kierunku kobiety i mężczyzny w czerwieni, którzy musieli być jego dziećmi.
- Różdżką twą. - Reszta towarzystwa dołączyła do nich, wraz z Aleksandrem i najciemniejszą córką Ravenclaw, którzy wyciągnęli ręce, aż dosięgnęli swoich dłoni.
- Życia broń. - Ten wers najwyraźniej miał jakieś głębsze znaczenie dla Aleksandra, jego twarz wykrzywiła się w kwaśnym uśmiechu.
- Wiecznie chroń. - Słowa zadźwięczały w komnacie, brzmiąc jak echo czegoś co zdarzyło się już kiedyś, dawno temu.
- Nikt, kto nie wypowiedział tej przysięgi, nie może wejść do tego zamku – powiedział Gryffindor, spoglądając na Danger. - My, czterej Założyciele, przysięgliśmy sobie jeszcze zanim podjęliśmy się naszego największego przedsięwzięcia – budowy szkoły magii. Oni, nasze dzieci, przysięgły sobie nawzajem oraz nam, kiedy osiągnęły wiek w którym mogły świadomie podjąć taką decyzję. Pozwól proszę, że przedstawię ci mojego syna, Paul'a i moją córkę, Maurę.
Rodzeństwo wykonało płytkie ukłony w stronę Danger, na co ona odpowiedziała tym samym.
- Poznaj również mojego syna, Adama – powiedziała Hufflepuff i Danger ukłoniła się również jemu.
- Moje córki – oznajmiła Ravenclaw i każda z kobiet przy niej siedzących, wstawała i wykonywała krótki ukłon gdy matka oznajmiała jej imię. - Sofia. - Krucho wyglądająca blondynka. - Brenna. - Brunetka. - Margaret. - Ruda kobieta.
- Ciągle nie mogę uwierzyć, że pozwolono mi być częścią tego wszystkiego – powiedziała szczerze Margaret, pozostając na nogach kiedy jej siostry usiadły. - Zapewne o tym nie wiesz ale byłam charłakiem. Nie miałam w sobie ani krzty magii. Wyszłam za mugola i ani jedno z naszych dzieci nie przejawiło żadnych oznak magiczności. Zawsze zastanawiało mnie, czy którykolwiek z moich potomków stał się czarodziejem. Nie wiesz przypadkiem nic na ten temat?
Danger z żalem musiała zaprzeczyć.
- Mówi się, że zapiski z waszych czasów są niepełne – powiedziała. - Tak naprawdę nikt nie jest w stanie stwierdzić chociażby czy istnieją jeszcze jacykolwiek potomkowie któregokolwiek z Założycieli, a co dopiero określić którego.
- Cóż, jest jeden pewny sposób aby to stwierdzić – wtrącił Paul Gryffindor. - Rodzinne talenty. - Pstryknął palcami i nagle w ręce trzymał garść płomieni. - Znasz kogokolwiek kto tak potrafi?
- Paul! - zganiła go Maura Gryffindor. - Wybacz mojemu bratu – powiedziała do Danger. - Ciągle jest niewychowany, nawet po tych wszystkich latach.
- Chciałbym żeby Salazar i Mattias byli z nami – powiedział z żalem Adam Hufflepuff, wodząc wzrokiem po pokoju. - Bez nich jesteśmy niepełni.
- Wrócimy później to tej kwestii – powiedział Gryffindor łagodnym tonem, który jednak bez problemu przebił się poprzez oburzoną paplaninę dziewcząt powstałą w odpowiedzi na stwierdzenie Adama. - Teraz, gdy zostaliśmy już sobie przedstawieni, Gertrudo Granger, powinniśmy odpowiedzieć na drugą część twojego pytania. Jaki mamy do ciebie interes.
Danger wyprostowała się na krześle.
- Na pewno zdajesz sobie sprawę, że pośród wiedźm i czarodziejów jesteś wyjątkowa. Posiadasz talenty odnotowywane bardzo rzadko lub wręcz nigdy wcześniej. Twoja zdolność przepowiadania przyszłości, czy też zobaczenia prawdy o teraźniejszości i przeszłości w swoich snach. Twoja zdolność do „hamowania” wilkołaka w trakcie jego przemiany, mocno związana z mentalnym połączeniem między waszymi umysłami. Oraz twoja zdolność do robienia rzeczy dla innych niemożliwych, które jednak muszą być wykonane by ocalić tych których kochasz.
- Tak, wiem o tym – odpowiedziała ostrożnie Danger.
- My jesteśmy odpowiedzialni za te zdolności.
W komnacie zapadła zupełna cisza. Lew, leżący obok Danger, podniósł głowę zdziwiony tym nienaturalnym brakiem dźwięku. Orzeł, usadowiony na oparciu jej krzesła, owinął się niespokojnie skrzydłami. Borsuk pokręcił się niespokojnie pod jej krzesłem, a wąż wpełznął na poręcz krzesła.
Automatycznie, Danger pogładziła go po łuskach. Próbowała przetrawić to, co właśnie powiedział Gryffindor. Odpowiedzialni za moje zdolności? Ale przecież moje zdolności pokazały się gdy...
- Czy to znaczy, że jesteście odpowiedzialni za śmierć moich rodziców? - zapytała śmiertelnie cichym głosem.
- Nie. - Nigdy jeszcze nie słyszała tak definitywnie negatywnej odpowiedzi. - Nie jesteśmy. Twoja magia, obudzona tak strasznym zdarzeniem, była dzika i nie ukierunkowana. Zdefiniowaliśmy ją i nadaliśmy jej kształt. To wszystko.
Danger w pewnym stopniu się odprężyła. Ale nie całe zdenerwowanie ją opuściło. Dlaczego więc mi to mówią?
- Zapewne powinnam wam podziękować – zaczęła. - Właściwie, stworzyliście moje życie. Zapewne nigdy nie zaczęłabym opiekować się Harry'm, gdybym nie rozpoznała w nim chłopca z moich snów. Na pewno nie spotkałabym Remusa. Syriusz ciągle siedziałby w Azkabanie – Draco ciągle byłby Malfoy'em – Megan nawet by nie istniała – no i nie wiem co byłoby z Aletą. Tak więc, dziękuję wam. Za nas wszystkich.
- Twoje podziękowania zostały przyjęte i zaakceptowane – powiedział Gryffindor, z miną wyglądającą na aprobujący uśmiech. - A w nagrodę, pokażemy ci coś, co od dawna chciałaś zobaczyć.
Machnął ręką i powietrze naprzeciw niej stało się nieprzeźroczyste – najpierw czarne, potem srebrne, jak lustro. Powstał tam obraz – kuchnia Nory, jak Danger zauważyła po chwili zdziwienia.
- Mamo! - Usłyszała dziewczęcy krzyk. Ginny. - Mamo, gdzie jesteś?
- W salonie – odpowiedział głos Molly Weasley. - O co chodzi?
- Chcę ci coś pokazać! - Ginny zbiegła ze schodów, z podążającymi tuż za nią, średniej wielkości, szarym wilkiem i kotkiem który ledwie zasługiwał na zaliczenie go w poczet kotów, z futrem o trochę jaśniejszym odcieniu szarości niż wilk. - Popatrz, robią sztuczki!
Scena zatrzymała się.
- Znasz ich? - zapytała łagodnie Ravenclaw.
- Kogo? Dziewczynkę? Znam ją, jest córką naszej...
- Zwierzęta – przerwała jej Hufflepuff. - Rozpoznajesz swoje własne dzieło?
- Moje dzieło? - Danger spojrzała raz jeszcze na stworzenia, zamarłe w swoich pozach. - Ta rzecz się obraca? To znaczy, scena? Mogę zobaczyć to z innej strony?
- Oczywiście – odpowiedział Gryffindor. - Kieruj to swoim umysłem.
Chciałabym zobaczyć pysk wilka, pomyślała Danger do monitora, który posłusznie obrócił obraz by mogła oglądnąć co chciała.
Jedno spojrzenie w zupełności wystarczyło. Nie dało się pomylić tych oczu.
- Harry – powiedziała stanowczo. - A z tego wynika, że kotek to Hermiona – Remus tak ją nazywa, powinnam się domyślić – a jest z nimi przypadkiem lis?
- Ciekawe, właśnie o to powinnaś spytać – powiedziała z uśmiechem Ravenclaw, gdy scena w kuchni Weasley'ów ożyła i Ginny przeszarżowała przez pokój, z wilkiem i kotem na ogonie.
- Patrz, bawią się w pościg, potem biegną w kółko i w drugą stronę – mówiła rozentuzjazmowana dziewczynka. - I wtedy kot jedzie na wilku...
Inna osoba zeszła ostrożnie po schodach, rozglądając się bacznie dookoła.
- Megan – powiedziała z ulgą Danger. - Udało się jej.
Megan obróciła się i pomachała do kogoś na górze schodów. Pojawiła się Luna Lovegood i mały biały lis, którzy przemierzyli szybko kuchnię, kierując się w stronę drzwi zewnętrznych. Zatrzymali się tylko na chwilkę, by Luna mogła wziąć płaszcz i ciepłe buty, po czym opuścili dom.
- A to jest Draco – powiedziała Danger, kręcąc głową w niedowierzaniu. - Boże, kiedy w końcu używam magii, to naprawdę używam jej na całego, nieprawdaż?
Następnym który zszedł do kuchni był Ron Weasley. Niósł drewnianą klatkę. W niej było coś małego, szarego i futrzastego...
- Czy to szczur? - zapytała ostrożnie Danger.
- Tak – odpowiedział dziwnym głosem Gryffindor. Danger zatrzymała przekaz z Nory i spojrzała na niego. Wyglądał... nie jakby był zły, nie do końca. Zastanowiła się. Może... poirytowany? Zgaszony?
- Zrobiłam coś nie tak?
- Nie, nie do końca. Chodzi raczej o to, czego nie zrobiłaś.
- Przepraszam?
- Pamiętasz swój pierwszy sen? - zapytała Hufflepuff.
- Mój pierwszy prawdziwy sen? Wiersz? Chyba tak. „Czerwień z brązem, czerń z czerwienią
ciemność wrogą w blask zamienią. Wśród czerwieni szczur się schował..."
Danger ucichła i spojrzała na monitor.
Wśród czerwieni.” I myśleliśmy wtedy, że to oznacza czerwone włosy. A później nie wróciliśmy do tego ani razu. Nawet kiedy przeprowadziliśmy się praktycznie pod drzwi rodziny tak jawnie czerwonowłosej...
- Jak głupio powinnam się teraz czuć? - zapytała cichym głosem.
- Bardzo – odpowiedział grzmiącym głosem Gryffindor i brzmiałoby to bardzo groźnie, gdyby Danger nie miała wrażenia że stara się on nie roześmiać. - Trzy lata – trzy lata – żyliście praktycznie na głowie człowieka który...
- Jest na nas nałożony zakaz mówienia ci czegoś więcej niż jeden raz w twoich snach – powiedziała Ravenclaw. - Więc nie mogliśmy ci o tym przypomnieć. Na szczęście dla was, wasze wilczki są trochę bardziej spostrzegawcze.
Danger znowu odtworzyła scenę. Ron podał klatkę Megan po czym sięgnął do doniczki ustawionej na gzymsie kominka i zabrał z niej dwie garści błyszczącego proszku. Wrzucił jedną w płomienie, zmieniając tym ich kolor na zielony.
- Kuchnia Hogwartu – powiedziała Megan ściszonym kiedy tylko weszła w ogień i wirujące płomienie zabrały ją z pola widzenia.
Ron wyjął zmaltretowany kawałek pergaminu z kieszeni i uważnie się mu przyjrzał. Po chwili, pokiwał z zadowoleniem głową i schował go z powrotem. Następnie wrzucił do kominka własną garść proszku Fiuu i ze słowami „Kuchnia Hogwartu”, zniknął w zielonych płomieniach.
- Szukają waszego przyjaciela, Hagrida – powiedziała Hufflepuff gdy ekran zniknął. - On im pomoże. Planują zaprezentować szczura jako dowód na jutrzejszym porcesie.
- Proces Syriusza jest jutro? - zapytała Danger, wracając nagle do rzeczywistości. - Muszę wracać, będą mnie potrzebować...
- Ta potrzeba może pozostać niespełniona – powiedziała Ravenclaw, trochę chłodno jak zauważyła Danger.
- Co? Dlaczego?
- Jak już zostało powiedziane, obecny kształt swojej magii zawdzięczasz nam – powiedziała Hufflepuff. - Ale między nami jest jeszcze jedna sprawa. W nocy dwunastego kwietnia, 1982 roku, ty i twój mąż przeklęliście parę mugoli. Pamiętasz to wydarzenie?
Danger nawet by o tym nie pomyślała.
- Tak, oczywiście. Noc w której uratowaliśmy Harry'ego, noc kiedy przeklęliśmy Dursleyów...
- Potrójną Klątwą Prawowitych – powiedział Gryffindor. - I odniosła ona spodziewany efekt. To ogromnie potężny kawałek magii. Czy kiedykolwiek przyszło ci do głowy, że będzie potrzebna jakaś zapłata?
- Zapłata? - powtórzyła bezmyślnie dziewczyna.
- To całkiem niezła praca, niszczyć czyjeś życie przez cały czas – powiedziała Sofia Ravenclaw. - W dodatku tak, żeby nie zorientowali się że zostali przeklęci – to wymaga finezji. Spędziliśmy okropnie dużo czasu przy tej dwójce przez ostatnie parę lat. Jesteś nam coś winna.
Danger zagapiła się na drobną blondynkę. Zaczynał w niej wzrastać niemiły strach.
- Co konkretnie jestem wam winna?
- Masz na myśli, w jakiej walucie możesz nam zapłacić? - zapytała Brenna, najciemniejsza z sióstr Ravenclaw.
Danger pokiwała głową.
- Och, nie wiem. Całe życie służby, na przykład. - Brenna uśmiechnęła się, na widok zdumionej twarzy Danger. - Umiesz robić na drutach, jak sądzę.
- Tak.
- Więc jesteś przyzwyczajona do włóczek i nici. Mogłabyś pomóc mi z moją przędzą.
- Z przędzą. - Danger spojrzała na Sofię i Margaret. - Która z was mierzy, a która tnie?
- Ja mierzę – powiedziała Sofia z aprobującym uśmiechem. - Margaret tnie. I widzę, że ktoś tu zna swoją mitologię.
- To nie jest tematem naszej rozmowy – wtrącił Gryffindor. - Faktem jest natomiast, że ty jesteś nam coś winna, pani Granger. Brenna ma rację – rzuciłaś Klątwę na całe życie jej ofiar, więc mógłbym powiedzieć, że jesteś nam teraz winna swoje własne życie.
- Oczywiście, nie umrzesz – dorzucił Aleksander, pochylając się do przodu. - Po prostu będziesz musiała tutaj spędzić całą resztę swojego życia. To bardzo przyjemne miejsce, nic się tu nie skrzywdzi, ani nie przestraszy i będziesz wykonywać pracę która naprawdę coś znaczy. A kiedy umrzesz, jeśli twoja praca będzie rzetelna, być może i tobie zostanie złożona propozycja zostania z nami – w końcu też przysięgałaś, nawet jeśli wtedy nie do końca wiedziałaś co ta przysięga znaczy.
Danger przełknęła ciężko ślinę, czując że ogarnia ją panika. Muszę coś wymyślić. Muszę coś wymyślić.
Co mogę im zaoferować zamiast mojego życia?
- Co gdybym was poprosiła o zdjęcie Klątwy? - zapytała w desperacji, patrząc na Gryffindora. - Czy to zmieni wysokość mojego długu wobec was?
- Mogłoby – odpowiedział wolno Gryffindor. - Mogłoby. Poprosiłabyś o to?
- Zrobiłabym to. Nawet jeśli to nie zmieni mojego długu – powiedziała powoli Danger, dając swoim rozszalałym myślom czas na uporządkowanie się. - Klątwa działała na Vernona i Petunię od prawie dziewięciu lat. To przynajmniej dziesięć razy tak długo, jak mój sforzy-syn cierpiał pod ich opieką. To wystarczy, to aż nadto. Proszę, aby Klątwa została z nich zdjęta. Jak mówię, tak chcę.
- Więc to powinno być zrobione – powiedział Gryffindor, wyglądając na zamyślonego.
- Pani Granger, sprawiasz że mamy niezły dylemat – powiedziała Hufflepuff z gorzkim uśmiechem. - Z powodu zdjęcia Klątwy, twój dług znacząco się zmniejsza. Właściwie o połowę.
- Ale połowa pozostaje – wtrąciła Maura Gryffindor. - I musi zostać zapłacona.
- Więc zaoferujemy ci wybór – powiedziała płynnie Ravenclaw. - Oto on. Słuchaj uważnie. Możesz wrócić do swojego świata i swojej rodziny, pozbawiona tych niezwykłych talentów magicznych o których rozmawialiśmy wcześniej: twoich snów, twoich dzikich możliwości i twojego, jak to nazywasz, poskramiania wilkołaków. Oczywiście zachowasz te zwykłe magiczne zdolności, jakimi są obdarzeni wszyscy posiadacze różdżek. Będziesz żyła swoim życiem, bez naszego dalszego wtrącania się, poza tym co jest normalne dla każdej magicznej istoty żyjącej w Wielkiej Brytanii.
- Albo – powiedziała Hufflepuff – ty zostaniesz tutaj, a my odeślemy twoją magię z powrotem.
Danger spojrzała na kobietę w żółtych szatach.
- Nie rozumiem.
- Twoje sny ostrzegały twoją rodzinę, twoją Sforę, przed niebezpieczeństwem*, nieprawdaż? Jeśli zdecydujesz że mamy wysłać z powrotem twoją magię, będą oni zawsze ostrzeżeni przed nadchodzącą groźbą, w czasie wystarczającym na uniknięcie jej lub chociaż przeciwstawienie się. Twoja dzika magia będzie trzymać ich z daleka od niespodziewanych katastrof – zawsze stanie się coś, co będzie ich trzymać z dala od kłopotów. A twoje poskramianie wilkołaków – cóż, to jest akurat proste. Twój Remus przestanie być wilkołakiem.
- Jeśli wybierzesz tę drogę, twój sforzy-brat zostanie od razu oczyszczony z zarzutów – powiedział Paul. - On i reszta Sfory będą bezpieczni w swoim domu, jeszcze dzisiejszej nocy.
- Twoje wilczki będą szczęśliwe i zdrowe – dodała Maura.
- Twoi przyjaciele będą mieli dobre życie w przyjaźni, jaką są związani – dorzucił Adam.
- Będą mieć dużo dzieci – słowa Brenny.
- Będą żyć długo – wtrąciła Sofia.
- Ich śmierć będzie bezbolesna – dopowiedziała Margaret.
- I nie będą za tobą tęsknić – dokończył cicho Aleksander. - Nikt nie będzie za tobą płakał. Albo będą wiedzieć że jesteś w lepszym miejscu, albo po prostu o tobie zapomną.
- Tak więc, masz przed sobą wybór – podsumował Gryffindor. - Porzucić swoje życie albo swoją magię. Decyzja należy do ciebie, sama musisz ją podjąć.
- Mogę prosić o trochę czasu na przemyślenie tego? - zapytała Danger głosem, który nawet jej samej zabrzmiał jakoś obco.
- Oczywiście. Tyle czasu ile tylko potrzebujesz.
- I... mogę być sama?
- Możesz. - Gryffindor klasnął w dłonie. Danger nagle znalazła się na zewnątrz, znowu nad jeziorem, siedząc na głazie zamiast na krześle.
Zapatrzyła się na jezioro. Przeszły ją dreszcze, mimo iż dzień był ciepły.
Moje życie, czy moja magia.
Wrócić i oglądać ból mojego ukochanego co miesiąc – czy zostać, wiedząc że nigdy więcej nie zostanie skrzywdzony.
Wrócić i walczyć o wolność mojego brata – czy zostać, dzięki czemu zostanie oczyszczony z zarzutów.
Wrócić i osuszać łzy siostrze – czy zostać, wiedząc że nie będzie ich już więcej ronić.
Wrócić i walczyć o opiekę nad wilczkami – czy zostać, wiedząc że są bezpieczne i szczęśliwe z resztą Sfory.
Wstała zaciskając wargi, walcząc o powstrzymanie się od łez.
Wiem co muszę zrobić. To co chcę nie gra tu żadnej roli.
Gdy się obróciła, stwierdziła że znajduje się znowu w komnacie Założycieli.
- Podjęłaś decyzję? – zapytał Gryffindor.
Dziewczyna spojrzała mu prosto w oczy.
- Podjęłam.

*jak wiedzą ci, którzy znają choć trochę ten język, niebezpieczeństwo to po angielsku „danger”. Tak więc gdy mamy zdanie „Twoje sny ostrzegały twoją rodzinę, twoją Sforę, przed niebezpieczeństwem, nieprawdaż?” w oryginale Hufflepuff dodaje jeszcze przed „nieprawdaż”, zapewnienie że to „niezamierzona gra słów”, gdyż można by zdanie to zrozumieć, że sny ostrzegały Sforę przed Danger. Niestety, nie da się tego ładnie na polski przetłumaczyć. Tak jak i tytułu całego opowiadania.

Niestety musicie mi wybaczyć, na pewno nie udało mi się oddać stylu w jakim postacie Założycieli się wypowiadają, gdyż nie znam na tyle dobrze angielskiego (tzn. tak naprawdę to nie jestem pewna, czy mają one jakiś specjalny styl). Jak już gdzieś pisałam, nie jest to tłumaczenie arcydziełem.
Co do dalszych części dziejących się w "Świecie Danger", to nie jestem pewna. Być spróbuję się i na nie poważyć, ale na pewno nie wcześniej niż w przyszłe wakacje - zaczynam we wrześniu klasę maturalną, a to nie przelewki. Nie jestem nawet pewna czy uda mi się skończyć tę część, zanim dopadnie mnie ta straszna nauka...