Witam was z powrotem! Przepraszam, że tak długo trwało wklejenie tego rozdziału, ale zebrało mi się akurat na wyjazdy wakacyjne i tak to jakoś zeszło.
Rozdział ten chciałabym zadedykować Izabeli Katarzynie Anastazji, za to że jako pierwsza skomentowała tego bloga, czym wprawiła mnie w bardzo dobry humor i umocniła w przekonaniu żeby udostępniać to tłumaczenie szerszemu gronu odbiorców.
Kończę już to ględzenie, miłego czytania!
Rozdział 42: Długi i umowy
Danger obudziła się w świetle.
Leżała w promieniach słońca na równej, zielonej trawie przy brzegu wielkiego, niebieskiego jeziora.
Znam to miejsce. Byłam tu kiedyś.
A może nie?
Miejsce wyglądało znajomo, owszem, ale raczej tak jakby widziała kiedyś jego zdjęcie... słabe zdjęcie, zniszczone i wyblakłe... a z drugiej strony, wiedziała że już kiedyś tu była, chodziła po tej ziemi, rzucała kamienie do tego jeziora...
To jest Hogwart. Zamek powinien być... tam. Dziewczyna usiadła i rozejrzała się dookoła. Zamek faktycznie tam był, wznosząc się majestatycznie na tle nieba, niebieskiego niczym woda w jeziorze. Jego kamienie błyszczały w promieniach słońca...
Zaraz, zaraz. Coś mi tu nie pasuje. Mamy środek zimy. Dlaczego wszędzie jest zielono i słonecznie?
Wstała i zaraz odkryła następne dziwne rzeczy. Ubrana była w białą suknię, zrobioną z powiewnego, przejrzystego materiału, obszytego koronką. Na nogach miała lekkie trzewiki, również białe. Dotykając swoich włosów, stwierdziła że nie były związane, a w dodatku zaskakująco delikatne i uległe jej ręce. Zazwyczaj zdawały się mieć własny rozum i nie poddawały się żadnym jej zabiegom, mającym na celu ułożenie ich w jakąś bardziej znośną fryzurę.
Wpadła na pewien pomysł. Mocno przycisnęła stopą ziemię. Ta lekko wgniotła się pod jej naciskiem.
To dużo wyjaśnia.
To miejsce było snem. Lub czymś sno-podobnym. W każdym razie, fizycznie nie była w Hogwarcie, ani nie przeniosła się w czasie w sam środek lata.
- Ciekawe jak wyglądam w tym stroju – wymruczała. - Chciałabym mieć tu lustro.
W tym momencie pojawiło się przed nią wysokie lustro.
Oczywiście. Zasady snu. Masz co tylko sobie zażyczysz. Zmierzyła wzrokiem swoje lustrzane odbicie. Wyglądam całkiem nieźle. Ciekawe co się stanie jeśli zażyczę sobie blond włosów? Włosy od razu zmieniły kolor.
Danger krytycznie zmierzyła się wzrokiem. Nie. Lepiej wyglądałam jako brunetka. Odmieniła je więc z powrotem i baczniej przyglądnęła się swojej twarzy, po czym zmarszczyła brwi. Coś jest nie tak.
Podbródek, nie. Wargi, nie. Policzki, nie. Oczy... tak. Coś się dzieje z moimi oczami...
Ale nie mogła stwierdzić co dokładnie było z nimi nie tak. Były takie jak zawsze, ciepłe i brązowe. Oczy jej odbicia patrzyły w jej własne bez cienia wstydu, czy winy...
Brązowe. Całe brązowe. Nie ma w nich nic niebieskiego.
Remus!
Danger odskoczyła od lustra, przeszukując swój umysł. Miejsce, które zawsze pełne było suchego humoru i wyraźnej obecności jej męża, jej miłości, jej najlepszego przyjaciela, teraz dźwięczało bolesną pustką.
Nie. To nie może być prawda.
Ale wiedziała, że tak było.
Ostatnia część wskazówek. Po tym jak powiedzieli mi aby odesłać wilczki. „Wtedy opuścisz swój dom, ludzi z którymi jesteś i przyjdziesz by zostać osądzoną. Nie będziesz miała jak się skontaktować z tymi, których zostawisz. Oni muszą sami przejść swoją próbę, tak jak i ty.”
I cały czas wiedziałam, że to obejmie również nasze połączenie...
Boże, on musi być wściekły, będzie myślał, że nie żyję. Muszę wracać...
Nagle przyciągnął jej uwagę dźwięk podobny do szczeknięcia, dobiegający gdzieś z trawy blisko jej stóp.
Biało-czarne stworzenie spojrzało na nią przenikliwymi, inteligentnymi, czarnymi oczyma. Kiedy zorientowało się, że zwróciła na nie uwagę, zaczęło nieśpiesznie iść w stronę zamku.
- Mam iść za tobą?
Zwierze pokiwało głową.
- Świetnie – Danger zniknęła lustro jednym życzeniem i podążyła za borsukiem w stronę zamku. Przeszli zaledwie parę metrów, gdy dołączyło do nich inne zwierze, tym razem długie, cienkie i wijące się. Gdy nagle przecięło ścieżkę przed nimi, dziewczyna krzyknęła, zanim jeszcze uświadomiła sobie czym ono jest.
- Przepraszam... - Przycisnęła dłoń do klatki piersiowej, gdzie jej serce biło w zawrotnym tempie, po czym zaśmiała się słabo. - Nie spodziewałam się ciebie. A chyba powinnam, czyż nie tak?
Wąż pokiwał głową, wydając przy tym dźwięk, który Harry zapewne nazwał by śmiechem. Następnie zaczął iść (czy raczej pełznąć) obok niej.
Na krzyk który zabrzmiał gdzieś z nieba ponad nią, była już bardziej przygotowana. Spokojnie podniosła rękę, by mógł na niej wylądować wielki ptak.
- Och, jesteś piękny – powiedziała z podziwem. - I nawet w połowie nie tak ciężki jak się spodziewałam. Ale, jak sądzę, to dlatego iż jestem we śnie.
Ptak pokiwał głową na znak potwierdzenia.
Gdy dotarli do zamku, Danger nie była już zaskoczona majestatycznym kształtem który pojawił się na ich drodze. Pokłoniła się mu lekko, mile zaskoczona gdy ten odkłonił się jej z powrotem.
Eskortowana przez lwa, orła, borsuka i węża podążyła w stronę Hogwartu i przekroczyła wielkie drzwi, które otwarły się przed i zamknęły za nią, jakby były zaczarowane.
Oczywiście dlatego, że są zaczarowane.
Weszła do pustej Wielkiej Sali. Od razu spojrzała w górę, jak zawsze to robiła, aby zobaczyć zaczarowany sufit, dziś niesamowicie niebieski, z pojedynczymi puszystymi, białymi obłoczkami pędzącymi w dal.
Wszystko jest takie jaskrawe, tak czyste i ostre. Normalnie, sny są mniej rzeczywiste niż rzeczywistość.
Orzeł wystartował, raz okrążył Salę, po czym zwinął skrzydła i spikował w dół, mijając bardzo blisko Danger, która instynktownie odskoczyła i przeleciał przez małe drzwi niedaleko stołu nauczycielskiego. Borsuk i wąż podążyły za nim.
- Mam tam pójść? - dziewczyna zapytała lwa, który uroczyście pokiwał głową.
Wzięła głęboki wdech i postąpiła naprzód, w stronę komnaty. Jeden krok. Drugi. Trzeci.
Mogła już zobaczyć wnętrze pokoiku. Byli tam ludzie. Mężczyźni i kobiety, wszyscy ubrani w jaskrawe kolory.
Czwarty. Piąty. Szósty.
Oni wszyscy na coś czekali – na nią...
Siódmy. Ósmy. Dziewiąty.
Boże, nie pozwól mi teraz zemdleć...
Dziesiąty. Była w środku.
Przy trzech ścianach małego pokoju stały krzesła – po jej lewej trzy, po prawej również oraz cztery na ścianie naprzeciw niej. Każde krzesło było zajęte, każdy siedzący patrzył dokładnie na nią.
Czy ja się rumienię? Na pewno się rumienię. Wiem, że jestem cała czerwona, czuję to...
- Gertrudo Kelly Granger, córko Davida, córko Rose, witamy cię serdecznie – powiedział mężczyzna siedzący prawie dokładnie naprzeciw niej, wstając.
Wyglądał trochę jak stary lew. W grzywie jego śniadych włosów i krzaczastych brwi, było widać szare pasemka; miał przenikliwe, żółtawe oczy wyglądające zza okularów w drucianej oprawce i (jak zauważyła gdy wyszedł do przodu i się jej ukłonił) poruszał się z wyraźną gracją, nawet jeśli lekko utykał. Jego czerwone szaty wyraźnie mu pasowały, a nie wyglądały ani na tak nowe by były niewygodne, ani na tak stare by stały się znoszone.
Dygnęła ku niemu.
- Dziękuję ci, panie – powiedziała, czując że język żywcem wyjęty z opowieści Syriusza sam do niej przychodzi, po sześciu latach poprawiania ich dla niego. - Wyglądacie na dobrze poinformowanych o tym kim jestem. Mogłabym i ja dowiedzieć się kim wy jesteście i dlaczego mnie tu wezwaliście?
To nie całkiem była prośba. Mężczyzna uśmiechnął się, kiedy przez pokój przeszła fala szeptów i nerwowych ruchów.
- Bezpośrednio – można by wręcz rzec, że bezceremonialnie – ale jeszcze uprzejmie. Możesz znać odpowiedzi na te pytania. Usiądziesz? - Machnięciem ręki utworzył za nią krzesło.
- Oczywiście – Nie ma sensu stać cały dzień. Usiadła i, pod pretekstem wygładzania spódnicy, rozejrzała się dokładniej po pokoju.
Oprócz mężczyzny który z nią rozmawiał, było jeszcze dwóch ludzi ubranych na czerwono: inny mężczyzna, nieco młodszy, oraz kobieta. Oboje posiadali śniade włosy jak ten starszy. Chłopak przypominał jej troszkę Syriusza – również wyglądał na zrelaksowanego, niezależnie od tego jaką pozę przybrał. Kobieta jeszcze zwiększyła jej odczucie znajomości, ponieważ wyglądała jak Aleta, z tą swoją królewską pozą i opanowaniem.
Siedzieli obok istnego tłumu kobiet ubranych na niebiesko. Wszystkie były prawdopodobnie jakoś ze sobą spokrewnione, gdyby oceniać tylko po ich twarzach. Najstarsza z nich (jeśli te jej śnieżno-białe włosy mogły być jakąś wskazówką), ubrana była w łagodny błękit. Reszta ubrana była różnie: krucho wyglądająca blondynka ubrana była w najjaśniejszy i najłagodniejszy błękit jaki można sobie wyobrazić, ruda kobieta miała na sobie domowe, wyblakłe dżinsy, a czarnowłosa nosiła intensywny, ale nie przesadnie, granat.
Przy przeciwległej ścianie siedział młody mężczyzna i starsza kobieta, oboje brązowowłosi (chociaż u kobiety widać już było srebrne pasemka) i ubrani w słoneczną żółć. Wyglądali na ludzi którym można zaufać, na ludzi których słowo jest jak przysięga. Gdy Danger przyjrzała się im dokładniej, zobaczyła brud pod paznokciami kobiety i zielone plamy na prawej ręce mężczyzny.
Czarnowłosy mężczyzna, już nie młody, ale wyraźnie jeszcze nie stary, siedział obok nich, w szatach koloru trawiastej zieleni. Jego twarz wyrażała pewność siebie i krytycyzm. Był jedynym z całej dziesiątki, który zauważył że dziewczyna się mu przygląda. Gdy jego oczy, zielone jak i szaty, spotkały jej, Danger znowu oblała się rumieńcem i szybko wyprostowała, zwracając się w stronę mężczyzny w czerwieni, mówiącego do niej.
- Chciałaś wiedzieć kim jesteśmy i jaki mamy do ciebie interes – powiedział i przyszli jej nagle na myśl Syriusz i Narcyza, używający formalnej mowy, aby trudne sprawy uczynić łatwiejszymi do przedyskutowania. - Znasz już trójkę z nas.
Wskazał na siebie, białowłosą kobietę ubraną na niebiesko i starszą kobietę w żółtym, które podniosły się ze swych miejsc i stanęły przy nim. Niebieski, czerwony i żółty w jakiś sposób harmonizujące ze sobą, a nie kłócące się.
- Jesteśmy Założycielami Hogwartu.
Danger szybko zamknęła usta, zanim zdążyłaby zaślinić sobie sukienkę.
- Ale... - próbowała się wysłowić.
- Daj mi zgadnąć – powiedziała kobieta w żółtym, która musiała być Helgą Hufflepuff. - Jesteśmy martwi.
Dziewczyna słabo pokiwała głową.
- Umarliśmy to prawda – powiedziała druga kobieta, z pewnością Rowena Ravenclaw. - Ale po śmierci wybraliś...
- Zostaliśmy wybrani – przerwała Hufflepuff.
- Zgodziliśmy się na zostanie wybranymi – dalej poprawił mężczyzna który, jak sobie uświadomiła, musiał być Grodrykiem Gryffindorem. - Aby pozostać w pobliżu świata gdzie kiedyś żyliśmy i pomagać od czasu do czasu wydarzeniom które się na nim dzieją.
- Reszta to nasze dzieci – dodała Ravenclaw, wskazując za siebie w stronę trzech siedzących kobiet, jej córek, jak uświadomiła sobie Danger. - Im również został zaoferowany ten wybór i wszystkie zdecydowały się dołączyć do nas.
Danger zwróciła wzrok ku mężczyźnie w zieleni. Ten powstał.
- Ja jestem, jak już być może zgadłaś, tak zwanym „dobrym” synem Salazara Slytherina – powiedział, ze śladem ironii w głosie. - On i mój brat Mattias, pokłócili się z resztą Założycieli na temat czystości krwi – ta historia zapewne przetrwała aż do twoich czasów.
- Owszem – odpowiedziała Danger zdumiona spokojem w swoim głosie – Tym co nie przetrwało, jest twoje imię. Jeśli mogę spytać...
- Aleksander. Jako jedyny, z trójki Slytherin'ów którzy przysięgli, dotrzymałem słowa. Mój ojciec i brat złamali złożone śluby i nigdy nie odnajdą spokoju; czy to w dzień, czy w nocy, dopóki żyli, a nawet i po śmierci. - Jego słowa zabrzmiały jakoś uroczyście.
Nagle Danger zdała sobie sprawę gdzie słyszała to wcześniej.
- Przysięga... Przysięgliście sobie nawzajem...
- Dłonią w dłoń – powiedział Gryffindor, wyciągając rękę w kierunku kobiety i mężczyzny w czerwieni, którzy musieli być jego dziećmi.
- Różdżką twą. - Reszta towarzystwa dołączyła do nich, wraz z Aleksandrem i najciemniejszą córką Ravenclaw, którzy wyciągnęli ręce, aż dosięgnęli swoich dłoni.
- Życia broń. - Ten wers najwyraźniej miał jakieś głębsze znaczenie dla Aleksandra, jego twarz wykrzywiła się w kwaśnym uśmiechu.
- Wiecznie chroń. - Słowa zadźwięczały w komnacie, brzmiąc jak echo czegoś co zdarzyło się już kiedyś, dawno temu.
- Nikt, kto nie wypowiedział tej przysięgi, nie może wejść do tego zamku – powiedział Gryffindor, spoglądając na Danger. - My, czterej Założyciele, przysięgliśmy sobie jeszcze zanim podjęliśmy się naszego największego przedsięwzięcia – budowy szkoły magii. Oni, nasze dzieci, przysięgły sobie nawzajem oraz nam, kiedy osiągnęły wiek w którym mogły świadomie podjąć taką decyzję. Pozwól proszę, że przedstawię ci mojego syna, Paul'a i moją córkę, Maurę.
Rodzeństwo wykonało płytkie ukłony w stronę Danger, na co ona odpowiedziała tym samym.
- Poznaj również mojego syna, Adama – powiedziała Hufflepuff i Danger ukłoniła się również jemu.
- Moje córki – oznajmiła Ravenclaw i każda z kobiet przy niej siedzących, wstawała i wykonywała krótki ukłon gdy matka oznajmiała jej imię. - Sofia. - Krucho wyglądająca blondynka. - Brenna. - Brunetka. - Margaret. - Ruda kobieta.
- Ciągle nie mogę uwierzyć, że pozwolono mi być częścią tego wszystkiego – powiedziała szczerze Margaret, pozostając na nogach kiedy jej siostry usiadły. - Zapewne o tym nie wiesz ale byłam charłakiem. Nie miałam w sobie ani krzty magii. Wyszłam za mugola i ani jedno z naszych dzieci nie przejawiło żadnych oznak magiczności. Zawsze zastanawiało mnie, czy którykolwiek z moich potomków stał się czarodziejem. Nie wiesz przypadkiem nic na ten temat?
Danger z żalem musiała zaprzeczyć.
- Mówi się, że zapiski z waszych czasów są niepełne – powiedziała. - Tak naprawdę nikt nie jest w stanie stwierdzić chociażby czy istnieją jeszcze jacykolwiek potomkowie któregokolwiek z Założycieli, a co dopiero określić którego.
- Cóż, jest jeden pewny sposób aby to stwierdzić – wtrącił Paul Gryffindor. - Rodzinne talenty. - Pstryknął palcami i nagle w ręce trzymał garść płomieni. - Znasz kogokolwiek kto tak potrafi?
- Paul! - zganiła go Maura Gryffindor. - Wybacz mojemu bratu – powiedziała do Danger. - Ciągle jest niewychowany, nawet po tych wszystkich latach.
- Chciałbym żeby Salazar i Mattias byli z nami – powiedział z żalem Adam Hufflepuff, wodząc wzrokiem po pokoju. - Bez nich jesteśmy niepełni.
- Wrócimy później to tej kwestii – powiedział Gryffindor łagodnym tonem, który jednak bez problemu przebił się poprzez oburzoną paplaninę dziewcząt powstałą w odpowiedzi na stwierdzenie Adama. - Teraz, gdy zostaliśmy już sobie przedstawieni, Gertrudo Granger, powinniśmy odpowiedzieć na drugą część twojego pytania. Jaki mamy do ciebie interes.
Danger wyprostowała się na krześle.
- Na pewno zdajesz sobie sprawę, że pośród wiedźm i czarodziejów jesteś wyjątkowa. Posiadasz talenty odnotowywane bardzo rzadko lub wręcz nigdy wcześniej. Twoja zdolność przepowiadania przyszłości, czy też zobaczenia prawdy o teraźniejszości i przeszłości w swoich snach. Twoja zdolność do „hamowania” wilkołaka w trakcie jego przemiany, mocno związana z mentalnym połączeniem między waszymi umysłami. Oraz twoja zdolność do robienia rzeczy dla innych niemożliwych, które jednak muszą być wykonane by ocalić tych których kochasz.
- Tak, wiem o tym – odpowiedziała ostrożnie Danger.
- My jesteśmy odpowiedzialni za te zdolności.
W komnacie zapadła zupełna cisza. Lew, leżący obok Danger, podniósł głowę zdziwiony tym nienaturalnym brakiem dźwięku. Orzeł, usadowiony na oparciu jej krzesła, owinął się niespokojnie skrzydłami. Borsuk pokręcił się niespokojnie pod jej krzesłem, a wąż wpełznął na poręcz krzesła.
Automatycznie, Danger pogładziła go po łuskach. Próbowała przetrawić to, co właśnie powiedział Gryffindor. Odpowiedzialni za moje zdolności? Ale przecież moje zdolności pokazały się gdy...
- Czy to znaczy, że jesteście odpowiedzialni za śmierć moich rodziców? - zapytała śmiertelnie cichym głosem.
- Nie. - Nigdy jeszcze nie słyszała tak definitywnie negatywnej odpowiedzi. - Nie jesteśmy. Twoja magia, obudzona tak strasznym zdarzeniem, była dzika i nie ukierunkowana. Zdefiniowaliśmy ją i nadaliśmy jej kształt. To wszystko.
Danger w pewnym stopniu się odprężyła. Ale nie całe zdenerwowanie ją opuściło. Dlaczego więc mi to mówią?
- Zapewne powinnam wam podziękować – zaczęła. - Właściwie, stworzyliście moje życie. Zapewne nigdy nie zaczęłabym opiekować się Harry'm, gdybym nie rozpoznała w nim chłopca z moich snów. Na pewno nie spotkałabym Remusa. Syriusz ciągle siedziałby w Azkabanie – Draco ciągle byłby Malfoy'em – Megan nawet by nie istniała – no i nie wiem co byłoby z Aletą. Tak więc, dziękuję wam. Za nas wszystkich.
- Twoje podziękowania zostały przyjęte i zaakceptowane – powiedział Gryffindor, z miną wyglądającą na aprobujący uśmiech. - A w nagrodę, pokażemy ci coś, co od dawna chciałaś zobaczyć.
Machnął ręką i powietrze naprzeciw niej stało się nieprzeźroczyste – najpierw czarne, potem srebrne, jak lustro. Powstał tam obraz – kuchnia Nory, jak Danger zauważyła po chwili zdziwienia.
- Mamo! - Usłyszała dziewczęcy krzyk. Ginny. - Mamo, gdzie jesteś?
- W salonie – odpowiedział głos Molly Weasley. - O co chodzi?
- Chcę ci coś pokazać! - Ginny zbiegła ze schodów, z podążającymi tuż za nią, średniej wielkości, szarym wilkiem i kotkiem który ledwie zasługiwał na zaliczenie go w poczet kotów, z futrem o trochę jaśniejszym odcieniu szarości niż wilk. - Popatrz, robią sztuczki!
Scena zatrzymała się.
- Znasz ich? - zapytała łagodnie Ravenclaw.
- Kogo? Dziewczynkę? Znam ją, jest córką naszej...
- Zwierzęta – przerwała jej Hufflepuff. - Rozpoznajesz swoje własne dzieło?
- Moje dzieło? - Danger spojrzała raz jeszcze na stworzenia, zamarłe w swoich pozach. - Ta rzecz się obraca? To znaczy, scena? Mogę zobaczyć to z innej strony?
- Oczywiście – odpowiedział Gryffindor. - Kieruj to swoim umysłem.
Chciałabym zobaczyć pysk wilka, pomyślała Danger do monitora, który posłusznie obrócił obraz by mogła oglądnąć co chciała.
Jedno spojrzenie w zupełności wystarczyło. Nie dało się pomylić tych oczu.
- Harry – powiedziała stanowczo. - A z tego wynika, że kotek to Hermiona – Remus tak ją nazywa, powinnam się domyślić – a jest z nimi przypadkiem lis?
- Ciekawe, właśnie o to powinnaś spytać – powiedziała z uśmiechem Ravenclaw, gdy scena w kuchni Weasley'ów ożyła i Ginny przeszarżowała przez pokój, z wilkiem i kotem na ogonie.
- Patrz, bawią się w pościg, potem biegną w kółko i w drugą stronę – mówiła rozentuzjazmowana dziewczynka. - I wtedy kot jedzie na wilku...
Inna osoba zeszła ostrożnie po schodach, rozglądając się bacznie dookoła.
- Megan – powiedziała z ulgą Danger. - Udało się jej.
Megan obróciła się i pomachała do kogoś na górze schodów. Pojawiła się Luna Lovegood i mały biały lis, którzy przemierzyli szybko kuchnię, kierując się w stronę drzwi zewnętrznych. Zatrzymali się tylko na chwilkę, by Luna mogła wziąć płaszcz i ciepłe buty, po czym opuścili dom.
- A to jest Draco – powiedziała Danger, kręcąc głową w niedowierzaniu. - Boże, kiedy w końcu używam magii, to naprawdę używam jej na całego, nieprawdaż?
Następnym który zszedł do kuchni był Ron Weasley. Niósł drewnianą klatkę. W niej było coś małego, szarego i futrzastego...
- Czy to szczur? - zapytała ostrożnie Danger.
- Tak – odpowiedział dziwnym głosem Gryffindor. Danger zatrzymała przekaz z Nory i spojrzała na niego. Wyglądał... nie jakby był zły, nie do końca. Zastanowiła się. Może... poirytowany? Zgaszony?
- Zrobiłam coś nie tak?
- Nie, nie do końca. Chodzi raczej o to, czego nie zrobiłaś.
- Przepraszam?
- Pamiętasz swój pierwszy sen? - zapytała Hufflepuff.
- Mój pierwszy prawdziwy sen? Wiersz? Chyba tak. „Czerwień z brązem, czerń z czerwienią
ciemność wrogą w blask zamienią. Wśród czerwieni szczur się schował..."
ciemność wrogą w blask zamienią. Wśród czerwieni szczur się schował..."
Danger ucichła i spojrzała na monitor.
„Wśród czerwieni.” I myśleliśmy wtedy, że to oznacza czerwone włosy. A później nie wróciliśmy do tego ani razu. Nawet kiedy przeprowadziliśmy się praktycznie pod drzwi rodziny tak jawnie czerwonowłosej...
- Jak głupio powinnam się teraz czuć? - zapytała cichym głosem.
- Bardzo – odpowiedział grzmiącym głosem Gryffindor i brzmiałoby to bardzo groźnie, gdyby Danger nie miała wrażenia że stara się on nie roześmiać. - Trzy lata – trzy lata – żyliście praktycznie na głowie człowieka który...
- Jest na nas nałożony zakaz mówienia ci czegoś więcej niż jeden raz w twoich snach – powiedziała Ravenclaw. - Więc nie mogliśmy ci o tym przypomnieć. Na szczęście dla was, wasze wilczki są trochę bardziej spostrzegawcze.
Danger znowu odtworzyła scenę. Ron podał klatkę Megan po czym sięgnął do doniczki ustawionej na gzymsie kominka i zabrał z niej dwie garści błyszczącego proszku. Wrzucił jedną w płomienie, zmieniając tym ich kolor na zielony.
- Kuchnia Hogwartu – powiedziała Megan ściszonym kiedy tylko weszła w ogień i wirujące płomienie zabrały ją z pola widzenia.
Ron wyjął zmaltretowany kawałek pergaminu z kieszeni i uważnie się mu przyjrzał. Po chwili, pokiwał z zadowoleniem głową i schował go z powrotem. Następnie wrzucił do kominka własną garść proszku Fiuu i ze słowami „Kuchnia Hogwartu”, zniknął w zielonych płomieniach.
- Szukają waszego przyjaciela, Hagrida – powiedziała Hufflepuff gdy ekran zniknął. - On im pomoże. Planują zaprezentować szczura jako dowód na jutrzejszym porcesie.
- Proces Syriusza jest jutro? - zapytała Danger, wracając nagle do rzeczywistości. - Muszę wracać, będą mnie potrzebować...
- Ta potrzeba może pozostać niespełniona – powiedziała Ravenclaw, trochę chłodno jak zauważyła Danger.
- Co? Dlaczego?
- Jak już zostało powiedziane, obecny kształt swojej magii zawdzięczasz nam – powiedziała Hufflepuff. - Ale między nami jest jeszcze jedna sprawa. W nocy dwunastego kwietnia, 1982 roku, ty i twój mąż przeklęliście parę mugoli. Pamiętasz to wydarzenie?
Danger nawet by o tym nie pomyślała.
- Tak, oczywiście. Noc w której uratowaliśmy Harry'ego, noc kiedy przeklęliśmy Dursleyów...
- Potrójną Klątwą Prawowitych – powiedział Gryffindor. - I odniosła ona spodziewany efekt. To ogromnie potężny kawałek magii. Czy kiedykolwiek przyszło ci do głowy, że będzie potrzebna jakaś zapłata?
- Zapłata? - powtórzyła bezmyślnie dziewczyna.
- To całkiem niezła praca, niszczyć czyjeś życie przez cały czas – powiedziała Sofia Ravenclaw. - W dodatku tak, żeby nie zorientowali się że zostali przeklęci – to wymaga finezji. Spędziliśmy okropnie dużo czasu przy tej dwójce przez ostatnie parę lat. Jesteś nam coś winna.
Danger zagapiła się na drobną blondynkę. Zaczynał w niej wzrastać niemiły strach.
- Co konkretnie jestem wam winna?
- Masz na myśli, w jakiej walucie możesz nam zapłacić? - zapytała Brenna, najciemniejsza z sióstr Ravenclaw.
Danger pokiwała głową.
- Och, nie wiem. Całe życie służby, na przykład. - Brenna uśmiechnęła się, na widok zdumionej twarzy Danger. - Umiesz robić na drutach, jak sądzę.
- Tak.
- Więc jesteś przyzwyczajona do włóczek i nici. Mogłabyś pomóc mi z moją przędzą.
- Z przędzą. - Danger spojrzała na Sofię i Margaret. - Która z was mierzy, a która tnie?
- Ja mierzę – powiedziała Sofia z aprobującym uśmiechem. - Margaret tnie. I widzę, że ktoś tu zna swoją mitologię.
- To nie jest tematem naszej rozmowy – wtrącił Gryffindor. - Faktem jest natomiast, że ty jesteś nam coś winna, pani Granger. Brenna ma rację – rzuciłaś Klątwę na całe życie jej ofiar, więc mógłbym powiedzieć, że jesteś nam teraz winna swoje własne życie.
- Oczywiście, nie umrzesz – dorzucił Aleksander, pochylając się do przodu. - Po prostu będziesz musiała tutaj spędzić całą resztę swojego życia. To bardzo przyjemne miejsce, nic się tu nie skrzywdzi, ani nie przestraszy i będziesz wykonywać pracę która naprawdę coś znaczy. A kiedy umrzesz, jeśli twoja praca będzie rzetelna, być może i tobie zostanie złożona propozycja zostania z nami – w końcu też przysięgałaś, nawet jeśli wtedy nie do końca wiedziałaś co ta przysięga znaczy.
Danger przełknęła ciężko ślinę, czując że ogarnia ją panika. Muszę coś wymyślić. Muszę coś wymyślić.
Co mogę im zaoferować zamiast mojego życia?
- Co gdybym was poprosiła o zdjęcie Klątwy? - zapytała w desperacji, patrząc na Gryffindora. - Czy to zmieni wysokość mojego długu wobec was?
- Mogłoby – odpowiedział wolno Gryffindor. - Mogłoby. Poprosiłabyś o to?
- Zrobiłabym to. Nawet jeśli to nie zmieni mojego długu – powiedziała powoli Danger, dając swoim rozszalałym myślom czas na uporządkowanie się. - Klątwa działała na Vernona i Petunię od prawie dziewięciu lat. To przynajmniej dziesięć razy tak długo, jak mój sforzy-syn cierpiał pod ich opieką. To wystarczy, to aż nadto. Proszę, aby Klątwa została z nich zdjęta. Jak mówię, tak chcę.
- Więc to powinno być zrobione – powiedział Gryffindor, wyglądając na zamyślonego.
- Pani Granger, sprawiasz że mamy niezły dylemat – powiedziała Hufflepuff z gorzkim uśmiechem. - Z powodu zdjęcia Klątwy, twój dług znacząco się zmniejsza. Właściwie o połowę.
- Ale połowa pozostaje – wtrąciła Maura Gryffindor. - I musi zostać zapłacona.
- Więc zaoferujemy ci wybór – powiedziała płynnie Ravenclaw. - Oto on. Słuchaj uważnie. Możesz wrócić do swojego świata i swojej rodziny, pozbawiona tych niezwykłych talentów magicznych o których rozmawialiśmy wcześniej: twoich snów, twoich dzikich możliwości i twojego, jak to nazywasz, poskramiania wilkołaków. Oczywiście zachowasz te zwykłe magiczne zdolności, jakimi są obdarzeni wszyscy posiadacze różdżek. Będziesz żyła swoim życiem, bez naszego dalszego wtrącania się, poza tym co jest normalne dla każdej magicznej istoty żyjącej w Wielkiej Brytanii.
- Albo – powiedziała Hufflepuff – ty zostaniesz tutaj, a my odeślemy twoją magię z powrotem.
Danger spojrzała na kobietę w żółtych szatach.
- Nie rozumiem.
- Twoje sny ostrzegały twoją rodzinę, twoją Sforę, przed niebezpieczeństwem*, nieprawdaż? Jeśli zdecydujesz że mamy wysłać z powrotem twoją magię, będą oni zawsze ostrzeżeni przed nadchodzącą groźbą, w czasie wystarczającym na uniknięcie jej lub chociaż przeciwstawienie się. Twoja dzika magia będzie trzymać ich z daleka od niespodziewanych katastrof – zawsze stanie się coś, co będzie ich trzymać z dala od kłopotów. A twoje poskramianie wilkołaków – cóż, to jest akurat proste. Twój Remus przestanie być wilkołakiem.
- Jeśli wybierzesz tę drogę, twój sforzy-brat zostanie od razu oczyszczony z zarzutów – powiedział Paul. - On i reszta Sfory będą bezpieczni w swoim domu, jeszcze dzisiejszej nocy.
- Twoje wilczki będą szczęśliwe i zdrowe – dodała Maura.
- Twoi przyjaciele będą mieli dobre życie w przyjaźni, jaką są związani – dorzucił Adam.
- Będą mieć dużo dzieci – słowa Brenny.
- Będą żyć długo – wtrąciła Sofia.
- Ich śmierć będzie bezbolesna – dopowiedziała Margaret.
- I nie będą za tobą tęsknić – dokończył cicho Aleksander. - Nikt nie będzie za tobą płakał. Albo będą wiedzieć że jesteś w lepszym miejscu, albo po prostu o tobie zapomną.
- Tak więc, masz przed sobą wybór – podsumował Gryffindor. - Porzucić swoje życie albo swoją magię. Decyzja należy do ciebie, sama musisz ją podjąć.
- Mogę prosić o trochę czasu na przemyślenie tego? - zapytała Danger głosem, który nawet jej samej zabrzmiał jakoś obco.
- Oczywiście. Tyle czasu ile tylko potrzebujesz.
- I... mogę być sama?
- Możesz. - Gryffindor klasnął w dłonie. Danger nagle znalazła się na zewnątrz, znowu nad jeziorem, siedząc na głazie zamiast na krześle.
Zapatrzyła się na jezioro. Przeszły ją dreszcze, mimo iż dzień był ciepły.
Moje życie, czy moja magia.
Wrócić i oglądać ból mojego ukochanego co miesiąc – czy zostać, wiedząc że nigdy więcej nie zostanie skrzywdzony.
Wrócić i walczyć o wolność mojego brata – czy zostać, dzięki czemu zostanie oczyszczony z zarzutów.
Wrócić i osuszać łzy siostrze – czy zostać, wiedząc że nie będzie ich już więcej ronić.
Wrócić i walczyć o opiekę nad wilczkami – czy zostać, wiedząc że są bezpieczne i szczęśliwe z resztą Sfory.
Wstała zaciskając wargi, walcząc o powstrzymanie się od łez.
Wiem co muszę zrobić. To co chcę nie gra tu żadnej roli.
Gdy się obróciła, stwierdziła że znajduje się znowu w komnacie Założycieli.
- Podjęłaś decyzję? – zapytał Gryffindor.
Dziewczyna spojrzała mu prosto w oczy.
- Podjęłam.
*jak wiedzą ci, którzy znają choć trochę ten język, niebezpieczeństwo to po angielsku „danger”. Tak więc gdy mamy zdanie „Twoje sny ostrzegały twoją rodzinę, twoją Sforę, przed niebezpieczeństwem, nieprawdaż?” w oryginale Hufflepuff dodaje jeszcze przed „nieprawdaż”, zapewnienie że to „niezamierzona gra słów”, gdyż można by zdanie to zrozumieć, że sny ostrzegały Sforę przed Danger. Niestety, nie da się tego ładnie na polski przetłumaczyć. Tak jak i tytułu całego opowiadania.
Niestety musicie mi wybaczyć, na pewno nie udało mi się oddać stylu w jakim postacie Założycieli się wypowiadają, gdyż nie znam na tyle dobrze angielskiego (tzn. tak naprawdę to nie jestem pewna, czy mają one jakiś specjalny styl). Jak już gdzieś pisałam, nie jest to tłumaczenie arcydziełem.
Co do dalszych części dziejących się w "Świecie Danger", to nie jestem pewna. Być spróbuję się i na nie poważyć, ale na pewno nie wcześniej niż w przyszłe wakacje - zaczynam we wrześniu klasę maturalną, a to nie przelewki. Nie jestem nawet pewna czy uda mi się skończyć tę część, zanim dopadnie mnie ta straszna nauka...