O tłumaczeniu


Opowiadanie tutaj sobie wiszące jest tłumaczeniem angielskiego fanfika pt. "Living with Danger", napisanego przez whydoyouneedtoknow
Oryginał można znaleźć, pod tym adresem: Living with Danger
Tłumaczenie, które tu przedstawiam, zaczyna się rozdziałem 39, ponieważ wcześniejsze części można znaleźć w Sieci po polsku.
Tłumaczenie to nie jest arcydziełem, mam tego świadomość, jednak gdy dotarłam do końca dotychczasowego polskiego tłumaczenia i stwierdziłam że to opowiadanie jest genialne, zaczęłam sama sobie je tłumaczyć. Skoro więc już coś przetłumaczyłam, to wrzucam to do publicznego wglądu, gdyż są osoby które angielskiego nie znają, więc zadowolą się nawet moją, marną, wersją. Jak to mówią - lepszy rydz, niż nic.
Tak więc to tłumaczenie tak tu sobie wisi, a wy czytacie je na własną odpowiedzialność.

środa, 28 grudnia 2011

Rozdział 43: Ufasz mi?

Oto i jest. Zdążyłam jeszcze w swoje urodziny :D


Rozdział 43: Ufasz mi?
Andromeda nie miała większych problemów z uzyskaniem pozwolenia na rozmowę z Aletą i Syriuszem. Aurorką przy celach była kobieta o włosach prawie zupełnie srebrnych, choć gdzieniegdzie zachowały się jeszcze blond pasemka. I pamiętała Uzdrowicielkę.
Byłam na służbie tej nocy, kiedy przyszłaś tu zobaczyć swoją siostrę – powiedziała, wyciągając rękę do Andromedy. – Letcia Halcyon.
Andromeda Tonks. Andy.
Aurorka Halcyon podniosła zwój pergaminu i umoczyła pióro w atramencie.
Więc – nic osobistego, muszę to wpisać w dokumenty – dlaczego chcesz się z nimi zobaczyć?
Cóż, zatem, do dokumentów, pan Lupin poprosił mnie abym do nich zaglądnęła, upewniła się że wszystko u nich dobrze. Wystarczy?
Oczywiście. – Aurorka zapisała coś na pergaminie, po czym spojrzała z powrotem na Andy. – Dokumenty są kompletne – powiedziała, pozostawiając nutę niedopowiedzenia.
Andy dotknęła palcem warg, zastanawiając się intensywnie co może powiedzieć, a o czym lepiej nie wspominać.
Syriusz jest moim kuzynem, a nie widziałam go, oczywiście, od strasznie dawna. Zawsze lubiłam go i Aletę. Znałam ją, zawsze byli mniej czy bardziej ze sobą, zanim... to wszystko się stało, więc spotkałyśmy się wiele razy. Chcę się upewnić, że wszystko z nimi w porządku.
Więc, w gruncie rzeczy, w dokumentach widnieje prawda. – Halcyon pokiwała głową. – Lubię to. Kiedy załatwia się sprawy uczciwie. Powiedz... Tonks. Mamy kandydatkę o takim nazwisku. Na imię ma Nimfa... coś.
Nimfadora. – Andy uśmiechnęła się. – Moja córka. Kończy Hogwart w czerwcu.
Cóż, jej SUMy wyglądają dobrze. Jeśli zda OWTMy i test wstępny, z przyjemnością ją przyjmiemy. Co do twojej prośby, to myślę, że mogę się spokojnie do niej przychylić. W końcu, co oni mogą ci zrobić – to ty jako jedyna będziesz mieć różdżkę.
Usta Andy znowu rozciągnęły się w uśmiechu.
Zapewne masz rację.
Które z nich chcesz ujrzeć jako pierwsze?
Aletę. To jest panią Freeman.
Halcyon zacisnęła usta, uważnie przeglądając zwój.
Hmm... Tu jest napisane, że aktualnie każe się nazywać Freeman-Black.
Tak, Remus wspomniał że się pobrali. To musiał być mugolski ślub. – Andy zmarszczyła brwi. – Czy jest to legalne w świetle prawa czarodziejów?
Naprawdę mam nadzieję, że tak – powiedziała Halcyon z nutką ciepła w głosie. – Nie chciałabym zostać uznana za nieślubne dziecko.
Andy zakryła usta, zmartwiona popełnionym faux pas.
Przepraszam.
Nie wiedziałaś – odpowiedziała Halcyon wzruszając ramionami. – A to ma duże znaczenie. Dla każdego, wyłączając maniaków czystości krwi. Mogliby wszyscy podzielić los tego którego oszołomiłaś w '84.
Amen – zakończyła gorąco Andy. Wtedy sobie przypomniała. – Och, muszę cię spytać o jeszcze jedną sprawę. Co wasze zasady mówią o trzymaniu więcej niż jednej osoby w tej samej celi?
Halcyon skrzywiła się.
Zupełnie, bezwzględnie, absolutnie nie do zrobienia. A nawet jeśli to ja nie jestem osobą która miałaby takie możliwości. Musisz zgłosić się do kogoś wyżej, a na pewno dziś ich nie będzie, w końcu mamy dwa dni do Świąt i niedzielę...
Tym razem Andromeda wykrzywiła usta w niezbyt wesołym grymasie.
Jesteś pewna, że nie mogłabyś nagiąć reguł?
Halcyon potrząsnęła głową, wyraźnie zasmucona.
Przykro mi, ale od tego może zależeć moja praca. – Spojrzała na Andy. – Ale spróbuję coś zrobić. Jak długo masz zamiar z nimi rozmawiać?
Jakąś godzinę.
Pójdę w tym czasie na górę i sprawdzę czy znajdzie się tam ktoś posiadający wystarczającą władzę by troszkę nagiąć reguły.
Dziękuję ci – odpowiedziała szczerze Andromeda. – Nawet nie wiesz ile to dla nich znaczy. Gdzie mogę znaleźć Letę?
Prosto aż do końca korytarza, potem w prawo. Na pewno ją znajdziesz, jest jedyną która tu siedzi. Kiedy będziesz chciała zobaczyć Blacka, po prostu wróć się po własnych śladach – w lewo i do końca korytarza, a znajdziesz się tutaj. Następnie skręć w prawo, dojdź do końca tamtego korytarza i znowu w prawo. Załapałaś? – Ton Halcyon nie był protekcjonalny ani ironiczny, po prostu energiczny.
Załapałam – odparła Andy z wdzięcznym uśmiechem. – Trafię.
Mam taką nadzieję.

Przed dotarciem do celi Syriusza Andy zatrzymała się, próbując pozbierać myśli. Rozmowa z Letą była prosta. Aż zbyt prosta. Zabrała jej stanowczo zbyt dużo czasu i teraz aurorka musiała się spieszyć. Było już wpół do czwartej. Rozmowa z Syriuszem będzie musiała być krótka.
Zastanów się chwilę. Leta powiedziała, że możesz mu ufać. Remus nawet o tym nie wspomniał – było to dla niego po prostu oczywiste. Draco jest z nim szczęśliwy. Wszystkie ich dzieci – ich wilczki – są szczęśliwe. Sama to widziałaś. Jak człowiek którego wszyscy tak kochają mógłby być tym bezlitosnym mordercą z Proroka?
Po prostu mu zaufaj, tak jak ufałaś temu porypanemu młodszemu kuzynowi, podrzucającemu ci chochliki do łóżka.
Uśmiechnęła się krzywo. To nie powinno być trudne. On jest tym porypanym młodszym kuzynem, który podrzucał mi chochliki do łóżka.
Dotarła w końcu do jego celi i zatrzymała się. Siedział z głową w dłoniach ale na dźwięk jej kroków podniósł wzrok i spojrzał na nią, wyraźnie zaskoczony.
Ty – powiedziała – jesteś prawdziwym kłopotem.
Nie, psze pani – odpowiedział wyniośle. – Jestem Syriusz Black*.
Oboje wybuchnęli śmiechem.
Nie wierzę, że to zapamiętałaś – powiedział Syriusz, z tym samym czarującym uśmiechem który pamiętała, może troszeczkę zmienionym przez wiek i doświadczenia. – Ile czasu minęło od kiedy tak żartowaliśmy? Dziewięć, dziesięć lat?
Przynajmniej. – Andromeda zastanowiła się, z początku wyczarowując sobie krzesło, tak jak zrobiła to przy celi Lety, po czym w końcu usiadła na podłodze, na poziomie Syriusza. – Co u ciebie? – zapytała patrząc prosto na niego.
Sformułowanie odpowiedzi zajęło mu trochę czasu.
Bywało lepiej – powiedział w końcu. – Ale też bywało gorzej. Na myśl przychodzi mi choćby Azkaban.
Mogę to sobie wyobrazić.
Nie, jeśli tego nie przeżyłaś, nie możesz – powiedział bardzo cicho. – W tej kwestii możesz mi zaufać. Nie chciałabyś być w stanie sobie tego wyobrażać.
Ufam ci.
Syriusz spojrzał na nią, zaintrygowany.
Naprawdę?
Rozmawiałam z Remusem i Letą.
Co u nich? – zapytał szybko. – I czy widziałaś Danger? Żonę Remusa, niezbyt wysoka, brązowe puszyste włosy, nieprzytomna – o ile nie obudziła się przez ostatnie parę godzin?
Od końca – nie, jeszcze się nie obudziła, tak, widziałam ją i, zanim zdążysz zapytać, nie, nie wiem co jej jest.
Syriusz westchnął.
Obawiałem się że to powiesz. Naprawdę trudno jest tak trwać w niewiedzy. Zależy mi na niej. Oczywiście nie w taki sposób który mógłby zmartwić Letę, rozumiesz.
Jak o siostrę. A o Remusa jak o brata.
Dokładnie.
Leta powiedziała to samo. U niej mniej więcej wszystko dobrze – trochę płakała kiedy rozmawiałyśmy o waszych wilczkach.
Nie dziwię się jej. Sam się czuję jakbym miał się za chwilę rozpłakać. – Syriusz zamknął na chwilę oczy. – Zapewne ona ci już wszystko wytłumaczyła – powiedział trochę drżącym głosem. – albo Remus. Ale my naprawdę kochamy tamtą czwórkę ponad wszystko. Oni są naszym sensem życia – sensem istnienia, w ten dobry sposób.
Mów dalej – powiedziała Andy, lekko wychylając się do przodu.
Gdybyśmy nie zrobili tego dla Harry'ego nie byłoby Sfory – wyjaśniał. – Teoretycznie, ja jestem jego opiekunem, ale nie byłem w stanie się nim zająć po ucieczce z Azkabanu, a Leta nie mogła tak po prostu porzucić pracy. Poza tym, nie byłbym w stanie zabrać z jego życia Lunatyka i Danger. Więc zamieszkaliśmy razem, tak żeby Harry mógł mieć nas wszystkich. Niewiele później nasze serca podbiła Hermiona. Później Megan, a w końcu i Draco. Gdzieś, w międzyczasie, zorientowaliśmy się że lubimy swoje towarzystwo, naszą przyjaźń. Ale gdyby nie Harry, to nigdy nawet nie zastanowilibyśmy się nad takim rozwiązaniem.
Jestem pewna, że ma się dobrze – powiedziała impulsywnie Uzdrowicielka. – Jestem pewna, że wszystkie wilczki mają się dobrze.
Skoro mówi to Szefowa Andy, to musi być prawda – zaintonował Syriusz, co wywołało na jej twarzy uśmiech. Niestety on szybko się rozwiał. – Co z Remusem?
Martwi się – odpowiedziała. – Martwi się o ciebie i Aletę, martwi się o wasze wilczki, ale najbardziej martwi się o Danger.
Nie dziwię się. Byli bardzo blisko.
Andy szybko zdecydowała się, że spróbuje wyciągnąć od niego coś więcej.
Wspomniał o czymś, co nie do końca zrozumiałam. Coś o wyczuwaniu swojej obecności...
Było między nimi jakieś połączenie – powiedział ostrożnie więzień. – Każde z nich wiedziało co druga osoba myśli czy czuje w danym momencie.
Jak telepatia.
Tak sądzę. Ale kiedy Danger... straciła przytomność... połączenie się urwało. Nie mieli ze sobą kontaktu już przez długi czas. Myślę, że to najbardziej przestraszyło Remusa. Zawsze strasznie się obawiał, że ją straci.
Nigdy wcześniej z nikim nie był – stwierdziła, w zamyśleniu, Andy. – Nie przypominam sobie żeby kiedykolwiek choćby umówił się na randkę. Często mu z tego powodu dokuczałeś.
Zawsze był nieśmiały towarzysko z powodu swojego... futerkowego problemu. Myślę, że obawiał się zbliżyć do jakiejkolwiek dziewczyny, ponieważ musiałby jej o tym powiedzieć, a ona, najprawdopodobniej, zostawiłaby go wtedy. To byłoby po prostu najbardziej rozsądne dla niej wyjście, jeśli wychowywana była w magicznej rodzinie. W końcu, wilkołaki są przerażające, złe i niebezpieczne.
Andy nie mogła powstrzymać się od uśmiechu, gdy usłyszała dziecięcy ton jakim wypowiedział parę ostatnich słów.
Jak rozumiem, ta Danger nie wychowywała się w magicznej rodzinie? – zapytała.
Dopóki nie przekroczyła dwudziestki, była zwykłą mugolką – wyjaśnił Syriusz. – Miała ukryty talent magiczny. Wydobył się na zewnątrz z powodu szoku. Śmierci jej rodziców.
Andromeda ciężko westchnęła. Wystarczająco źle było stracić jednego rodzica naraz, ale Syriusz wyraźnie powiedział rodziców.
Umarli oboje? – zapytała.
Tak, zostali zabici przez Śmierciożerców – potwierdził. – Choć oczywiście, ona tego wtedy jeszcze nie wiedziała.
Andromeda pokręciła głową, nic nie mówiąc. Wtedy przypomniała sobie powód tych odwiedzin i zaklęła cicho po spojrzeniu na zegarek. Już była spóźniona.
Syriuszu, Remus pytał o was. Ciebie i Letę. Chciałby mieć was blisko. No więc ja obiecałam mu, że porozmawiam z kimś mającym tu jakąś władzę, i że wrócę do niego w ciągu godziny, i...
Porozmawiasz z kimś mającym tu jakąś władzę? – powtórzył Syriusz. – Powodzenia. To miejsce jest tak zorganizowane, że chyba prędzej przebijesz głową ceglany mur.
Andromeda wciągnęła powietrze przez zęby.
Też odniosłam takie wrażenie – odpowiedziała zirytowana.
Przydało by się coś wstrząsającego, aby zechcieli umieścić nas wszystkich w jednej celi – powiedział Syriusz. – Jakiś rodzaj kryzysu, coś czego nie będą mogli zignorować. – Przestał mówić i spojrzał na nią. Jego wargi poruszały się cicho, jakby mówił coś sam do siebie.
Coś nie tak? – zapytała Andy.
Do tej pory Syriusz siedział ze skrzyżowanymi nogami, ale teraz położył je prosto.
Wszystko w porządku – powiedział cicho, obracając się raz w jedną, to w drugą stronę, wyraźnie rozciągając plecy. – Myślę, że mam pomysł.
Pomysł – powtórzyła Andy, takim samym cichym tonem jakiego on używał. – A cóż to za pomysł?
Syriusz podniósł się na kolana i pokręcił ramionami, po czym zbliżył się jeszcze trochę do krat.
Andy, ufasz mi?
Cóż, pytanie za milion galeonów, tak? – odpowiedziała pół żartem. – Dlaczego pytasz?
Nie mogę ci teraz powiedzieć. – Popatrzył jej prosto w oczy. – Ale, proszę uwierz mi, nigdy cię nie skrzywdzę. Nie skrzywdzę nikogo. Oczywiście za wyjątkiem Petera Pettigrew i paru innych idiotów z wężami wytatuowanymi na ramieniu. Nigdy nikogo nie zabiłem i nigdy nie zdradziłem Lily i Jamesa. Harry jest szczęśliwy i zdrowy, dokładnie tak jak oni by tego chcieli. – Przerwał na chwilę, jakby zastanawiając się nad kolejnymi zdaniami. – Zachowujesz się tak, jakbyś chciała nam pomóc. A ja myślę, że wiem jak możesz to zrobić. Ale musisz mi zaufać. Naprawdę zaufać, a nie tylko tak powiedzieć. Więc jak, ufasz mi, Andy?
Andromeda spojrzała na swojego kuzyna, niesławnego mordercę, największego kryminalistę w Brytanii. Męża Lety. Brata Remusa. Ojca Draco.
Tak
W takim razie, zbliż się
Andromeda spojrzała na niego przez chwilę, po czym powoli pokiwała głową.
Dobrze
Przypadkowo, dotknęła kieszeni w której trzymała różdżkę.

Uzdrowicielko Tonks? – zawołała Leticia Halcyon wychodząc z kominka. – Jesteś tutaj?
Jakaś kobieta krzyknęła.
Leticia biegła jeszcze zanim przebrzmiało echo. Coś się stało, wiedziałam, wiedziałam że nie powinnam odchodzić...
Inne stopy uderzały podłogę tuż za nią, przypominając jej boleśnie kogo ze sobą przyprowadziła. I teraz świetnie wypadnę w oczach Dyrektorki Departamentu...
Miała dużo szczęścia, a przynajmniej tak sądziła jeszcze parę minut temu. Amelia Bones akurat przybyła na prośbę Albusa Dumbeldore'a, aby przedyskutować coś w sprawie jutrzejszego procesu i Leticia złapała ją zanim ta zdążyła opuścić budynek. Bones zgodziła się przyjść i wysłuchać co Uzdrowicielka ma do powiedzenia, ale aurorka obawiała się, że nic z tego nie wyjdzie – dyrektorka znana była z ścisłego przestrzegania reguł...
Minęła róg korytarza i zatrzymała się, przerażona.
Andromeda Tonks siedziała plecami do celi Syriusza Blacka. Jej oczy przepełnione były strachem. Black przyciskał ją jednym ramieniem do krat, w drugiej ręce trzymał różdżkę wycelowaną w gardło Uzdrowicielki. Zapewne jej własną różdżkę, jak stwierdziła Leticia.
Jedno słowo – warknął morderca. – Jedno moje słowo, a zacznie krzyczeć. Dwa i zginie.
Czego chcesz? – zapytała ostro Bones.
Moich przyjaciół – odpowiedział cierpko Black. – Chcę, żeby byli tu ze mną. Teraz.
Oszalałeś – powiedziała stanowczo Leticia. – Proszę pani, jeden z jego przyjaciół jest wilkołakiem. Księżyc zaraz wzejdzie, pozabija ich wszystkich.
Być może więc wszyscy chcemy umrzeć – powiedział Black, uśmiechając się bez cienia humoru. – Zróbcie to. Teraz.
Proszę – powiedziała Tonks, głosem który przypominał bardziej przerażony pisk. – Zróbcie co mówi.
Cholera. Takie sytuacje nigdy nie kończą się dobrze. Pomyślała aurorka.
Proszę pani? – powiedziała niepewnym głosem.
O jak wielu ludziach mówimy? – zapytała Bones, wciąż patrząc na Blacka.
Jeszcze trzech, proszę pani. Dwie kobiety – jedna z nich jest nieprzytomna – i mężczyzna. On jest wilkołakiem.
To nie ma żadnego sensu, chłopcze – Bones zwróciła się do Blacka. – Dlaczego grozisz jej życiu aby własne postawić w niebezpieczeństwie?
Mam swoje powody – odpowiedział sucho. – Zrobicie to czy nie?
Dyrektorka pokiwała głową bardzo powoli.
Zrobię to. Ale pod jednym warunkiem. Postawię tu więcej ochrony. Gdyby twoi przyjaciele przypadkiem próbowali czegoś zanim znajdą się tu z tobą.
Nic nie zrobią. Ale skoro nalegasz, proszę bardzo. O ile się pospieszysz. Ty, aurorka – Black warknął do niej. – Która jest godzina?
Piętnasta czterdzieści dwa – odpowiedziała Leticia patrząc na zegarek.
Macie pięć minut – powiedział kryminalista do Bones. – Później zacznę szukać interesujących sposobów aby wasza Uzdrowicielka zaczęła krzyczeć.
Halcyon – powiedziała dyrektorka nie odrywając oczu od Blacka. – Shacklebolt powinien być ciągle w swoim gabinecie. Sprowadź go i kogokolwiek na kogo jeszcze trafisz, jak najszybciej możesz.
Tak, proszę pani – Leticia rozpoczęła powrotny bieg.
O Boże, co jeśli coś się jej przeze mnie stanie, pozwoliłam jej tam wejść, nie poszłam z nią, to moja wina, moja wina, a ona ma córkę, rodzinę, moja wina...
To wszystko było wystarczającą zachętą aby zrobiła co ma zrobić i to szybko.

O piętnastej czterdzieści sześć, Aleta podniosła wzrok, zaskoczona, gdy drzwi do jej celi otwarły się.
Choć, choć – powiedział mały człowiek, machając na nią. – Na zewnątrz. Jesteś przenoszona.
Jestem przenoszona. W jaki miły sposób mi to oznajmił. Jakbym była rzeczą.
Ale wyszła i szła posłusznie poprzez korytarze, skręcając tam gdzie kazał, cały czas czując jego różdżkę na plecach. Usilnie opierała się chęci zapytania go co on, do diabła, sądzi, że ona za chwilę zrobi.
Gdy wyszła zza ostatniego zakrętu, zamarła.
O. Mój. Boże.
Syriusz celował różdżką w Andromedę, wpatrując się w Amelię Bones.
Ruszaj się – warknął mężczyzna, szturchając ją swoją różdżką. – Tam. – Wskazał drzwi do celi Syriusza które, jak Aleta właśnie zauważyła, były otwarte. I... czyżby ktoś leżał na łóżku?
Gdy przesunęła się dalej o parę kroków, zobaczyła że faktycznie – ktoś tam leżał i to ktoś z brązowymi, kędzierzawymi włosami...
Nie pamiętała reszty drogi do celi, ani tego jak minęła Syriusza, nie pamiętała niczego do momentu gdy klęczała obok łóżka, trzymając dłoń Danger w swoich.
Jej przyjaciółka nie ruszała się, nie budziła. Ale jej puls bił równo, a klatka piersiowa unosiła się i opadała – niestety wolno, strasznie wolno.
Znowu jesteśmy razem. Ale za jaką cenę?
Zmusiła się by patrzyć na Danger, nie na Syriusza. Nie widzieć na jego twarzy wyrazu dzikości i, być może, zadowolenia z powodu trzymania Andromedy na swojej łasce.
Powiedziałam jej, że może mu zaufać. Ufała mu z powodu mojego słowa.
A on zdradził to zaufanie.
Zdradził mnie.
Okropne, znajome uczucie zaczęło ją ogarniać. Rozpoznała je z przerażeniem.
Nigdy nie sądziłam, że znowu będę się tak czuć.
To była swoista mieszanka dezorientacji i smutku, którą odczuwała już, w mniejszym lub większym natężeniu, pod koniec roku 1981 i na początek 1982. Nieprzyjemne uczucie zniknęło, zupełnie niespodziewanie, pewnego marcowego poranka, w kuchni domu w Surrey.
A teraz wróciło.
Przez to, że teraz jest wszystkim, czym myślałam że był. Zabójcą. Dręczycielem.
Krzywoprzysięzcą.
A gdzie ostatni? – warknął Syriusz. To nawet nie brzmiało jak jego głos. Miała kłopoty z oddychaniem, bała się, że zaraz zemdleje...
Ostatni? Jeszcze jedna osoba?
O mój Boże... On ma na myśli Remusa.
Będziemy tu zamknięci z nieokiełznanym wilkołakiem.
Syriusz faktycznie oszalał.
Zagapiła się na zrelaksowaną twarz swojej sforzej-siostry. Och, Danger. Nigdy nie potrzebowaliśmy cię bardziej niż teraz...
Wolne kroki przykuły jej uwagę.
W zasięgu wzroku pojawił się wolno idący i wyraźnie kulejący Remus. Jego twarz nie wyrażała niczego. Nawet nie mrugnął w reakcji na dziejące się przed celą wydarzenia.
Tam – powiedział głęboki głos Kingsleya Shacklebolta, a jego postać wyłoniła się zza rogu zaraz za Remusem. Popychał ramię wilkołaka swoją różdżką, ale nie tak niegrzecznie jak auror odprowadzający Aletę. To był wręcz przyjazny gest. – Dalej, do środka.
Remus spojrzał prosto na Syriusza.
To jest naprawdę zły pomysł – powiedział spokojnie.
Wiem.
Będziesz tego naprawdę żałował.
Wiem.
Ostania szansa żebyś zmienił zdanie.
Nie ma mowy.
Remusz wszedł do celi. W momencie kiedy znalazł się w środku, Syriusz odrzucił różdżkę i uwolnił Andromedę, która od razu odskoczyła od celi, z oczami rozszerzonymi ze strachu.
Co to, do cholery, było? – zapytał groźnie Remus, łapiąc Syriusza za ramię i podnosząc go na nogi. – Co tyś sobie do diabła myślał, robiąc coś takiego?

Remus nie mógł sobie przypomnieć, żeby kiedykolwiek był choć trochę tak wściekły jak teraz.
Zupełnie straciłeś rozum, o ile kiedykolwiek go miałeś – warknął prosto w twarz Syriusza. – Ty skończony głupku. Bez Danger, nie jestem bezpieczny! Nie masz szans mnie kontrolować. Nie z dwójką ludzi będących tu z nami. Zabiję je, ty draniu! – Miał już problemy z kontrolowaniem swojego głosu. – Naprawdę chcesz żeby zginęły?
Nie sądzę aby one były zmuszone umierać – odpowiedział Syriusz. – Ale uważam, że ty stanowczo powinieneś się uspokoić.
Czy to żart? Bo jeśli, to naprawdę nieśmieszny. Mamy – Remus spojrzał na zegarek. – dokładnie dziesięć minut do wschodu księżyca, a ja jestem tu z wami. Ty groziłeś niewinnej osobie, tylko po to by sprowadzić tu mnie i całą resztę. I ty chcesz żebym ja się uspokoił? Ha, ha. Bardzo śmieszne. I nie do zrobienia. Jak mogłeś mi to zrobić? – Ostatnie słowa były już prawie krzykiem. Odwrócił się do Danger, tak nieruchomej, tak bladej, leżącej na łóżku z Aletą klęczącą tuż obok ze spuszczoną głową. – Boże, nie chcę jej zabić. Nie chcę zabić żadnego z was...
A więc tego nie rób – powiedział Syriusz śmiertelnie poważnym tonem. – Zawołaj Danger z powrotem. Prosiła cię byś to zrobił. Więc zrób to.
Zrób to – powtórzył Remus. – Po prostu to zrób. Zupełnie jak to. – Pstryknął palcami. – O to ci chodzi?
Tak. Właśnie o to mi chodzi.
Cudownie. Pięknie. Genialnie. Jest tylko jeden problem. Nie mam pojęcia jak. – Ostatnie zdanie syknął Syriuszowi prosto w twarz. Byli podobnego wzrostu – Syriusz był tylko jakiś cal wyższy – więc nie było to jakieś trudne. Animag nawet nie drgnął gdy ochlapała go ślina.
Teraz masz motywację, żeby odkryć jak – powiedział spokojnie.
Motywację? – Remus nie mógł uwierzyć w to co usłyszał. – O to ci chodziło? Dać mi motywację? Zupełnie straciłeś rozum Syriuszu. Jesteś kompletnie szalony.
A ty tracisz czas – odparował Syriusz. – Wierz lub nie, Lunatyku, ale wiem co robię. Nazwijmy to skalkulowanym ryzykiem.
Remus powiedział mu dość dosadnie co i gdzie może robić ze swoimi kalkulacjami i ryzykiem, na co animag zagwizdał z podziwem.
Nie sądziłem, że chociażby znasz niektóre z tych słów – powiedział. – Ja nie znam niektórych. – Znowu przybrał poważny wyraz twarzy. – Jednak lepiej żebyś już zaczął. Nie ma zbyt dużo czasu.
Remus jeszcze przez chwilę gapił się na swojego przyjaciela, po czym odwrócił się w stronę pryczy, na której leżała Danger. Aleta usunęła mu się z drogi.
Leta... – Wilkołak złapał ją za ramię i przyglądnął się jej dobrze, zastanawiając się, czy kiedykolwiek jeszcze zobaczy ją żywą. – Naprawdę przepraszam. Za wszystko.
Nie przepraszaj – odpowiedziała, trochę nieswoim głosem. – To nie twoja wina.
Objęła go i Remus poczuł się troszkę – ale tylko troszkę – lepiej.
Leta, mogę z tobą pogadać? – Usłyszał pytanie Syriusza gdy klękał obok Danger.
Naprawdę, nie chcę teraz z tobą rozmawiać, Syriuszu Black.
W chwili gdy wziął w ręce dłoń Danger, wyłączył się zupełnie na ich rozmowę. Jak zwykle, ból w jego stawach, ból spowodowany bliską przemianą, zmniejszył się gdy tylko jej dotknął. Ale tym razem to było zbyt mało, czuł to. Jej fizyczna obecność mogła zmniejszyć niektóre efekty wschodzenia księżyca, ale to jej umysł – jej dusza – był potrzebny do trzymania w ryzach jego wilczej osobowości.
Zawołaj mnie do domu”, powiedziała. „Zawołaj mnie z powrotem”. No dobra. Wołam.
Zebrał wszystkie swoje potrzeby – fizyczne, mentalne, emocjonalne, wszystkie. Jego ciało potrzebowało jej dotyku, jego myśli – głosu. Ale przede wszystkim, jego dusza potrzebowała jej miłości. Zmieszał je wszystkie w jedną, drżąc od jej intensywności, po czym uwolnił ją, wypowiadając imię swej potrzeby. Posłał je daleko, aby dosięgło tej, do której należało.
Danger...
A później czekał.
Bo jeśli to miało nie wystarczyć, to nie miał pojęcia co tego dokona.

Jaka jest twoja decyzja? – zapytał Godryk Gryffindor.
Danger wyprostowała się godnie.
Zdecydowałam pozostać z wami, a magię swą wysłać z powrotem na Ziemię, aby broniła mej Sfory od wszelkiej szkody. Jak powiedziałam, tak niech się stanie.
Więc tak się stanie – odpowiedzieli ludzie zebrani w pokoju – trzej wierni Założyciele Hogwartu i siódemka ich dzieci, włączając syna Salazara Slytherina. On właśnie patrzył się w nią przenikliwym wzrokiem, gdy opuszczała pokój, kolejno kłaniając się lub dygając Danger.
Mam coś na twarzy? – spytała go dziewczyna.
Nie. Jestem jednakowoż trochę zdziwiony twoją decyzją.
Dlaczego?
Nie wydawałaś się być samolubną osobą.
Zanim zdążyła sformułować odpowiedź, wstał, skłonił się jej lekko i opuścił pomieszczenie.
Samolubną?
W jaki niby sposób można określić zrezygnowanie z tego czego chcę najbardziej na świecie, byciem samolubną?
Krew zawrzała w niej ze złości. Skierowała się w stronę drzwi, gotowa do powiedzenia mu co o tym sądzi...
Wielka Sala Hogwartu była pusta.
Oczywiście, że jest pusta. To jest sen. Albo inna-wyższa rzeczywistość, czy coś w tym guście. Zapewne można się przenieść prosto do miejsca o którym pomyślisz. Coś jak Aportacja, ale bez żadnych trudności.
Będę się musiała tylko nauczyć jak.
Nagle, fakt tego co postanowiła uderzył w nią z całą swoją siłą. Osunęła się na stopnie podium, drżąc.
Będę musiała się nauczyć jak. Ponieważ tu zostaję.
Nigdy nie wrócę do domu.
Nigdy nie wrócę do Sfory.
Nigdy nie przeżyję kolejnej Jaskiniowej nocy.
Nigdy nie poprawię opowiadań Syriusza.
Nigdy nie spróbuję nauczyć Letę jak bełtać jajka.
Nigdy nie poślę wilczków do Hogwartu.
Nigdy więcej nie zobaczę już żadnego z nich...
Nie. To nie do końca prawda. Będę mogła ich widzieć. Jeśli Gryffindor nauczy mnie jak robić tę sztuczkę z powietrzem – jeśli dam radę się tego nauczyć – będę mogła zobaczyć ich kiedykolwiek zechcę...
Spojrzała w górę, na zaczarowane sklepienie. Widok ciemnego, zasnutego chmurami nieba nie był dla niej wielkim zaskoczeniem.
Ale ja jestem Sforą – nie, byłam Sforą – a my potrzebujemy – oni potrzebują – dotykać, trzymać, czuś się nawzajem. Widzenie tego nie wystarczy. W żaden sposób.
Ale będzie musiało.
Chmury nad jej głową były ciężkie i ponure. Sala pogrążyła się w mroku.
Danger zaczęła cichutko płakać.
Zrobiłam to co najlepsze dla wszystkich. Zrobiłam to co musiałam zrobić.
Ale dlaczego to musi tak boleć?
Danger...
To nie była jej myśl. Po ośmiu latach, spokojnie mogła wyczuć różnicę.
Remus! – wykrzyknęła na głos, automatycznie jej ręka podniosła się do szyi na dźwięk jego głosu. Tak udręczonego. Tak zdesperowanego.
Nie. Wyobraziłam to sobie. To nie był on. Już nigdy nie usłyszę jego głosu...

Remus!
To był głos, na który czekał od trzech godzin. Głos, którego obawiał się już nigdy nie usłyszeć. Danger – dzięki Bogu, nie umarłaś. Ale gdzie jesteś? Proszę, wróć.
Nie, powiedziała jakby do siebie. Wyobraziłam to sobie. To nie był on. Już nigdy nie usłyszę jego głosu. Już nigdy nie będziemy razem. Ale chciałabym móc chociażby się pożegnać...
Połączenie między nimi było cieniutkie, w każdej chwili mogło pęknąć. Remus przeglądał je desperacko, starając się zebrać jak najwięcej faktów – była uwięziona w jakimś miejscu, miejscu które uznałaby za wspaniałe, gdyby nie było jej więzieniem; musiała zostać, z powodu jakiejś umowy którą zawarła...
Każda umowa może być renegocjowana. Ciągle powinna móc wrócić.
Ale nie może zrobić tego sama. Już dała swoje słowo.
Gdy tylko zorientował się lepiej w sytuacji, wiedział już co musi zrobić.
A niech cię, Syriuszu, miałeś rację. To było niezbędne. W żadnym innym wypadku nie byłbym tak zdesperowany.
Gdzieś z celi usłyszał szlochanie Alety.
Remus zamknął oczy, zbierając całego siebie, swój umysł i duszę, po czym przelał to wszystko w połączenie z Danger, z całej woli pragnąc być tam gdzie i ona, tak jak ona, razem z nią, tak jak powinni być zawsze...

Już nigdy nie będziemy razem. Ale chciałabym móc chociażby się pożegnać...
Tak bardzo bym chciała trzymać go w ramionach. Jeden, ostatni raz.
Pomiędzy jednym a drugim mrugnięciem oka, coś się stało.
Danger spojrzała przed siebie, na długą, ciemną rzecz na podłodze. Cień. Poruszyła ramieniem i cięń również się poruszył. Mój cień.
Ale aby powstał cień, potrzebne jest światło...
Powoli, powoli, obróciła się by sprawdzić skąd pochodziło to nowe światło.
Stał za jedną zaświeconą świeczką, tak że mogła widzieć wyraźnie jak wygląda. Jego twarz była dokładnie taka sama jak zapamiętała. Miał na sobie czarne szaty z czerwoną podszewką.
Wstała, twarzą w twarz z nim. Długo spoglądali sobie nawzajem w oczy. Biel i czerń, światło i cień, brązowy i niebieski.
Potem padli sobie w ramiona i czas przestał się liczyć. Było już tylko teraz i spełnienie tego marzenia, które jeszcze sekundy temu było zupełnie poza jej zasięgiem...
I to zrozumienie, gdzieś w ciemnych zakamarkach jej umysłu, że z powodu tej jednej, krótkiej chwili ich ostateczne rozstanie będzie o wiele trudniejsze...



*jak bym nie kombinowała, nie potrafię przetłumaczyć dobrze tej gry słów. W oryginale, Andy mówi (gdyby to zapisać tak mniej więcej fonetycznie polskimi znakami): „Ju ar sirius trobul.” (tak, wiem wygląda to ślicznie :P), na co Syriusz odpowiada jej: „Noł maam, aj em Sirius Blak” Po prostu jego imię wypowiada się praktycznie tak samo jak słowo „serious” oznaczające „poważny, ciężki, prawdziwy itp.” Naprawdę fajne można układać z tego gry słowne o niepoważnym „poważnym” Blacku, ale niestety tylko po angielsku. Naprawdę nie wiem jak oddać to w przekładzie. Jakby ktoś wpadł na jakiś genialny pomysł, to jestem otwarta na propozycje ;)