O tłumaczeniu


Opowiadanie tutaj sobie wiszące jest tłumaczeniem angielskiego fanfika pt. "Living with Danger", napisanego przez whydoyouneedtoknow
Oryginał można znaleźć, pod tym adresem: Living with Danger
Tłumaczenie, które tu przedstawiam, zaczyna się rozdziałem 39, ponieważ wcześniejsze części można znaleźć w Sieci po polsku.
Tłumaczenie to nie jest arcydziełem, mam tego świadomość, jednak gdy dotarłam do końca dotychczasowego polskiego tłumaczenia i stwierdziłam że to opowiadanie jest genialne, zaczęłam sama sobie je tłumaczyć. Skoro więc już coś przetłumaczyłam, to wrzucam to do publicznego wglądu, gdyż są osoby które angielskiego nie znają, więc zadowolą się nawet moją, marną, wersją. Jak to mówią - lepszy rydz, niż nic.
Tak więc to tłumaczenie tak tu sobie wisi, a wy czytacie je na własną odpowiedzialność.

niedziela, 17 lipca 2011

Rozdział 41: Co możemy zrobić?


Rozdział 41: Co możemy zrobić?
- Megan? - zapytała cicho. - Te zwierzęta są twoją rodziną?
Muszę opowiedzieć wam pewną historię – odpowiedziała. - I musi ona pozostać tajemnicą. - Popatrzyła na Lunę i wzięła głęboki oddech. - Ponieważ tak. Oni są moją rodziną.

Ron otworzył szeroko usta.
- Nie są.
- Są – odpowiedziała Megan. - I mogę to udowodnić. W twoim pokoju.
Pochód, złożony z czwórki dzieci i trzech zwierząt, ruszył w górę schodów prosto do małego, pomarańczowego pokoju. Ginny i Luna usiadły na łóżku, Megan zajęła sobie parapet, mieszczący się pomiędzy pudłem z żabim skrzekiem i półką z komiksami, a wilk zwinął się w kłębek wokół lisa i kota, na wolnym kawałku podłogi.
Gdy tylko Ron zamknął drzwi, zwrócił się do Megan.
- Jak masz zamiar to udowodnić?
- Zapytaj o coś Harry'ego – odpowiedziała dziewczyna, wskazując na wilka. - Zapytaj go o coś, co tylko on może wiedzieć.
- No dobra. - Ron zamknął oczy w zamyśleniu. - Mam. Gdy ostatnio graliśmy w szachy, kto wygrał i jak? - Wyglądał na zadowolonego, jakby był pewien, że następne kilka sekund udowodni, iż najlepsza przyjaciółka jego młodszej siostry oszalała, a jego świat pozostanie tak samo nudny i normalny jak do tej pory.
Wilk wstał i delikatnie odsunął nogę Ginny ze swojej drogi, po czym włożył łeb pod łóżko. Wynurzył się stamtąd chwilkę później, trzymając w zębach lekko podniszczone pudełko, zawierające magiczne szachy Rona. Ostrożnie, otworzył je za pomocą swojej łapy i przyjrzał się figurom, które zaczęły krzyczeć i szukać schronienia. Kot i lis również wstały, aby mieć lepszy widok na sytuację.
Nadzwyczaj delikatnie, wilk złapał zębami jedną z figur, odsuwając się szybko gdy inne zaczęły atakować jego pysk. Podał wrzeszczącą, wyrywającą się figurę Ronowi, który przyjrzał się jej dokładnie.
Był to biały koń.
Wilk trącił kolano Rona i szczeknął cicho.
Ron pokiwał głową.
- Ja wygrałem – powiedział wstrząśnięty, ciągle patrząc się na konia. - A grałem białymi. Zaszachowałem Harry'ego moim skoczkiem. - Spojrzał na wilka. - Harry?
Wilk pokiwał stanowczo głową.
Ron oparł się plecami o drzwi. Jego piegi wyraźnie odcinały się kolorem od pobladłej twarzy.
- To dla mnie zbyt dziwne – powiedział.
Wilk – Harry – otarł się o niego, w podobny sposób jak przyjaciel klepie cię po plecach po jakimś wstrząsającym przeżyciu.
Ron spojrzał na wilka jeszcze raz.
- Jego, to jest twoje, oczy są takie same – powiedział powoli. - Zielone. Jasno zielone. A te ciemne obwódki wokół nich są zupełnie jak twoje okulary.
- Oczy Drake'a też są takie same – wtrąciła się Luna. - Szare, jak moje. To właśnie dało mi do myślenia.
- Hermiona? - zapytała Ginny, wyciągając ręce w stronę kota, który przyszedł do niej spokojnie i spojrzał jej prosto w twarz. - Te są na pewno piwne – nie wydaje mi się, aby koty miały normalnie takie oczy.
- W takim razie, to prawda – powiedział Ron, robiąc głęboki wdech i siadając na podłodze. - Przepraszam Megan. To po prostu... To brzmiało...
- Dziwnie? - dokończyła za niego Megan. - Reszta jest jeszcze gorsza.
- Jak cokolwiek może być dziwniejsze od tego?
Megan spuściła wzrok na podłogę.
- Okłamywaliśmy was – powiedziała bardzo cicho. - Okłamywaliśmy was naprawdę mocno.
- Kłamaliście? O czym?
- O tym kim jesteśmy. I jak wyglądamy. Pamiętacie nasze pierwsze spotkanie? To znaczy, mnie tam nie było. Ale pierwszy dzień w którym spotkaliście Harry'ego, Drake'a i Neenie?
- Nigdy tego nie zapomnę - odpowiedział Ron.
- Jak Luna zapytała czy Harry, jest Harry'm Pottrem?
Ginny zaczęła, bez żadnego konkretnego powodu, czuć ekscytację.
- I on odpowiedział, że nie.
Ron podejrzliwie pokiwał głową.
Megan przełknęła ślinę.
- Kłamał. To on.
- Wiedziałam! - wykrzyknęła Ginny, zrywając się z łóżka. - Wiedziałam, wiedziałam, wiedziałam, wiedziałam, wiedziałam, wiedziałam, wiedziałam to!
Wszyscy się na nią gapili. Szybko usiadła z powrotem na łóżku.
- Naprawdę? - zapytał Ron, wyglądając na totalnie zrolowanego. - Jak?
Ginny pokręciła głową.
- Nie wiem. Po prostu... Ja... Ja po prostu wiedziałam. Wiedziałam że ma jakiś sekret. Zdarzało mu się mówić rzeczy, które nie pasowały do tego co mówiliście wszystkim. Nakryłam go na tym wiele razy. On naprawdę jest Harry'm Potterem?
Megan uśmiechnęła się lekko i kiwnęła głową.
- Był przez całe swoje życie.
- Niemożliwe – powiedział Ron. - To jest, kurczę, niemożliwe. Nie przesadzaj Megan. To naprawdę za dużo abym mógł w to uwierzyć. I co jeszcze, twoim ojcem jest Syriusz Black?
Megan z trudnością złapała oddech.
- Skąd to wiesz?
- Żartowałem. - Ron popatrzył się na nią dziwnie.
- Ona nie – zauważyła Luna.
Ron wydał dziwny dźwięk, gdzieś w połowie pomiędzy skrzekiem, a jękiem.
- Twój ojciec naprawdę jest Syriuszem Blackiem? - zapytała z niedowierzaniem Ginny, gapiąc się na Megan.
Megan pokiwała głową.
- Ministerstwo go znalazło – powiedziała powoli. - Znaleźli nas wszystkich. Dlatego musiałam uciekać, żeby oni nie mogli mnie zabrać i dać do rodziny zastępczej. Jeśli dorośli nie uciekli, zostali aresztowani.
- Boże! - Ronowi udało się w końcu wyartykułować słowo. - Ma na co zasługuje! To morderca!
- Nieprawda! - krzyknęła Megan, po czym zamarła, patrząc się na wilka. Gdy znowu zaczęła mówić, wyraźnie było widać że stara się trzymać emocje na wodzy.
- Mój ojciec nigdy nikogo nie zabił. To był ktoś inny, kto sprawił, by wszystkie dowody wskazywały na tatę, ale to nie on. On jest niewinny. I dlatego właśnie zawsze się chowaliśmy.
- Gdzie naprawdę mieszkaliście przed przeprowadzką tutaj? - zapytała Ginny.
- W Londynie. Moją mamą była Aleta Freeman. Właściwie to nadal nią jest, ale teraz to Aleta Freeman-Black.
- Mój tata opowiadał o niej! - nagle wtrącił Ron. - Pracowała dla Ministerstwa. Była wielką zagadką od kiedy znikła parę lat temu – ona i jej... córka... - dokończył, patrząc na Megan.
- Wyjechaliśmy do Ameryki – odpowiedziała. - Tam zmieniliśmy twarze, po czym przyjechaliśmy tutaj. - Wyglądała jakby zbierało się jej na płacz. - Naprawdę przepraszam, że musieliśmy wam kłamać. Nigdy nie chcieliśmy kłamać, nikomu.
- Kim był ten drugi człowiek? - zapytała Luna. - Ten, który zrzucił winę za zabicie tych ludzi na twojego ojca?
- Nazywa się Peter Pettigriew. Może zmieniać się w szczura – w ten sposób uniknął kary, uciekając pod postacią szczura. Przyjaciele nazywali go z tego powodu Glizdogonem.
Ginny zmarszczyła brwi. Glizdogon. Dlaczego to brzmi znajomo?
- Więc on może ukrywać się wszędzie, jako szczur – powiedziała Luna. - Szczury są małe. Trudne do znalezienia.
- Percy ma szczura jako zwierzątko – zauważyła Ginny. - Nazywa się Parszywek.
- Mama powiedziała, że jeśli Percy zostanie prefektem, będzie mógł mieć sowę, a wtedy ja dostanę Parszywka, jak będę iść do Hogwartu – powiedział Ron, trochę automatycznie, podczas gdy jego umysł ciągle usiłował przetrawić te wszystkie informacje.
Ginny w końcu zdecydowała się które pytanie, spośród miliona kłębiących się w jej umyśle, chce zadać jako pierwsze.
- Harry.
Wilk spojrzał na nią.
- Naprawdę masz na czole bliznę?
Wilk parsknął jak gdyby się śmiał, wstał i podszedł do niej.
- Powiedział, że możesz popatrzyć – stwierdziła Megan.
Ginny spojrzała i, ku jej zdziwieniu, ale i zadowoleniu, wilk faktycznie miał wąski pasek białego futra – dokładnie takiego jakie może wyrosnąć na zabliźnionej ranie. Znajdował się on dokładnie pośrodku odległości między jego oczyma, tylko nieco wyżej. Futro układało się w kształt błyskawicy.
- A kim naprawdę są państwo John i Danger? - zapytała Luna.
- Na nazwisko mają Lupin. Jego nazywamy Lunatykiem, ale Danger to po prostu Danger. Lunatyk i mój ojciec byli bardzo dobrymi przyjaciółmi w szkole. W Hogwarcie.
- Ich przyjacielem był również ten szczur? - upewniła się Ginny.
Megan pokiwała głową w odpowiedzi.
- Lunatyk – powiedziała powoli najmłodsza z rodzeństwa Weasleyów. - Glizdogon. - Zamknęła oczy. - Łapa. - Usłyszała zdumiony wdech Megan i piśnięcie lisa. - I Rogacz. - Wilk jęknął cicho.
Otwarła oczy.
- Bliźniaki mają coś zrobionego przez czwórkę ludzi, nazywających się Lunatyk, Glizdogon, Łapa i Rogacz. Nie wiem co, ale słyszałam te imiona.
- Mapę – wyszeptała Megan. - Magiczną mapę Hogwartu. Mówili nam o niej. Łapa to mój tata. Rogacz, to był tata Harry'ego. Byli naprawdę dobrymi przyjaciółmi.
- Dopóki tata Harry'ego nie umarł – zauważyła rzeczowo Luna.
Kot zaczął się ocierać o wilka, mrucząc.
- Hermiona – powiedział Ron, patrząc na nią. - To naprawdę jest Hermiona?
Kot podszedł do niego nieśpiesznie, popatrzył mu w twarz i bardzo stanowczo kiwnął głową, akcentując to uderzeniem łapy w jego kolano.
- Jak rozumiem, to znaczy „tak” - powiedział słabo chłopak.
- Tak naprawdę nazywa się Hermiona Granger – dodała Megan. - Jej włosy są gęściejsze. No i jest siostrą Danger, nie jej córką. To jedyne różnice.
- A co z Drake'm? - zapytała Ginny.
Luna spojrzała na lisa. Ginny patrząc na nią z boku, zauważyła dziwny ruch jej oczu, które następne skupiły się na czymś bliżej nieokreślonym. Tak jakby dziewczyna wcześniej oglądała swoje odbicie w oknie, a teraz patrzyła poprzez szybę.
- Jego włosy mają jaśniejszy kolor niż zwykle – powiedziała marzycielsko. - Platynowy. Jest przystojny. - Jej oczy wróciły do normalności. - Wygląda znajomo. Jak ktoś, kogo zdjęcie już widziałam.
Lis spojrzał z powrotem na Megan.
- Luna, czy twój ojciec nie opublikował kiedyś artykułu o Draco Malfoy'u? - zapytała.
- Tak, w zeszłym roku. Dlaczego... - Zamarła i jeszcze raz zmieniła wzrok, patrząc się uporczywie na lisa, który uporczywie wpatrywał się w nią. Ona pierwsza zerwała ten kontakt.
- Ty jesteś Draco Malfoy – powiedziała, z pewnością w głosie.
- Był – wtrąciła Megan. - Zmienił nazwisko, kiedy zaczął mieszkać z nami. Teraz, nazywa się Draco Black.
Ron przeskakiwał wzrokiem od lisa, do wilka i Megan, wyraźnie nie mogąc wykrztusić ani słowa.
- To wszystko jest naprawdę, naprawdę bardzo dziwne – powiedziała z uczuciem Ginny.

A nie znacie jeszcze nawet połowy prawdy, skomentował Harry.
Ktoś zadudnił do drzwi.
- Ron! Ron, otwieraj!
- Percy- wykrztusił Ron, wracając do normalności. - Harry, Nieenie, Drake - czy jakkolwiek się nazywasz – schować się!
Zwierzęta rozproszyły się po pokoju. Harry schował się za skrzydłem drzwi, gdy tylko Ron je otworzył.
- Co jest? - chłopak zapytał starszego brata.
- Słyszałeś? - wydyszał Percy, trzymając jedną dłoń na ramieniu, jak gdyby coś tam niósł. Harry widział go poprzez szparę między drzwiami a framugą. - Syriusz Black został aresztowany!
Megan wydała z siebie cichy, płaczliwy odgłos. Ginny podeszła i przytuliła ją.
- Słyszałem – odpowiedział Ron.
- Naprawdę? Jak? Tata dopiero co wrócił do domu i nam to powiedział. - Percy zmarszczył brwi.
- Eee... To znaczy nie, nie słyszałem. Ale teraz już słyszałem. Co to? - zapytał, wskazując na rzecz na ramieniu Percy'ego.
- Parszywek. Mama nie pozwala mi wypuszczać go z klatki kiedy twoi przyjaciele są tutaj, więc stwierdziłem, że dam mu trochę luzu teraz, kiedy ich tu nie ma. - Percy podniósł dłoń, odsłaniając zwierzaka.
Harry wziął głęboki oddech.
Szczur na ramieniu Percy'ego wyglądał... źle.
Harry nie mógł sprecyzować o w nim złego. Nie chodziło o jego kształt, wielkość, czy konkretnie kolor, chociaż najbliżej temu było do koloru. To był jakby błękit, czy może zieleń otaczająca go. Może jakiś rodzaj blasku. Ale Harry nie zastanawiał się nad tym dłużej. Dobrze wiedział co to znaczy.
Taki sam rodzaj aury otaczał Draco i Hermionę, od kiedy przemienili się w zwierzęta.
Szczur Percy'ego nie był szczurem.
Szczur Percy'ego był człowiekiem.
Zostańcie gdzie jesteście! rozkazał rodzeństwu, kiedy poczuł że zrobili się ciekawi i mają zamiar wyjść z ukrycia by spojrzeć. Skoro my możemy zobaczyć jego, on może zobaczyć nas. Megan. Zapytaj Percy'ego jak długo ma tego szczura.
- Percy? - głos Megan zabrzmiał bardzo młodo, zupełnie nie jak ona. - Mogę pogłaskać twojego szczura?
- Pewnie. - Percy wyglądał na zadowolonego tą prośbą. Harry cofnął się do tyłu, kiedy drzwi otwarły się szerzej, aby wpuścić wysokiego chłopaka do środka. Oglądał ze swojej kryjówki, jak ten przemierza pokój i podaje szczura Megan. Dziewczynka powoli pogłaskała sierść zwierzaka, drżącą ręką.
- Ile on ma lat? - zapytała.
- Nie wiem – stwierdził, przyciskając palec do warg w zamyśleniu. - Myślę, że najwyżej dziewięć lub dziesięć. Mam go od kiedy skończyłem pięć lat, a był już dorosły kiedy go znalazłem.
Od kiedy miał pięć lat, powiedział Draco. On jest cztery lata starszy od nas, tak?
Ron powiedział, że Percy może zostać prefektem. To znaczy że idzie do piątej klasy w tym roku. My idziemy do pierwszej. Tak, jest cztery lata starszy. Hermiona wyliczyła szybko.
Co znaczy, że kiedy on miał pięć lat, my mieliśmy rok, powiedział powoli Harry, obserwując jak Percy podnosi szczura. A kiedy ja miałem roczek...
Szukaj tej, co głośno krzyczy,” wyrecytowała Hermiona. „Blisko twojej jest zdobyczy.”*
On jest naszą zdobyczą, warknął Draco. O to tu chodzi. Danger wysłała nas na polowanie na szczura.
Harry poczuł jak jego górna warga podnosi się do góry – trudno powiedzieć czy do warknięcia, czy do uśmiechu. Czuł się jednocześnie wściekły i szczęśliwy. I zrobiliśmy to. Znaleźliśmy go.
Ale co mamy zrobić teraz? zapytała Hermiona.
- Co ma się stać z Syriuszem Blackiem? - Megan zapytała Percy'ego, gdy ten układał Parszywka z powrotem na swoim ramieniu.
- Cóż, tata mówi, że jego proces jest wyznaczony na jutrzejszy poranek – powiedział Percy, zwracając się do całego pokoju. - Nie wiem po co zawracają sobie głowę procesem, od razu powinien dostać pocałunek dementora, ale najwyraźniej ktoś wysoko postawiony nalegał na te wszystkie formalności. A, jest jeszcze coś dziwnego – nie był sam. Razem z nim aresztowano jeszcze trójkę ludzi, mężczyznę i dwie kobiety.
Warga Megan zadrżała.
- Oni też są w tarapatach?
- Tak sądzę – odpowiedział Percy, trochę zarozumiale. - W końcu nie aresztują cię, jeśli nie jesteś czegoś winien. Ja już pójdę, chciałem się tylko upewnić że o tym wiecie, to w końcu ważne wiadomości, wiecie, tworzy się historia...
Ron zamknął za nimi drzwi.
- Przynajmniej jedna rzecz się nie zmieniła – powiedział, z wyraźną ulgą. - Percy nadal jest irytujący.
- Ten szczur nie jest szczurem – powiedziała Luna.
Megan objęła koleżankę.
- Też to zauważyłaś!
- Co zauważyła? - zapytała Ginny.
- Szczur Percy'ego jest mężczyzną – powiedziała Luna. - Niezbyt wysokim, raczej grubawym, łysiejącym. Wyglądał na nerwowego.
- Glizdogon – powiedziała Megan. W jej głosie słychać było groźbę.
Reszta wilczków pokiwała głowami.
Ron usiadł bez sił na podłodze.
Ginny mocno zbladła.
- Musimy coś zrobić – powiedziała mocno. - Chcą skazać nie tego człowieka.
- Ale co możemy zrobić? - powiedział słabo jej brat. - Jesteśmy tylko dzieciakami. Tylko bandą dzieci. Siedmiu dzieci.
Siedem, powiedział Harry. Neenie, wiersz, tam było coś o siódemce...
Sfora siedmiu, dwóch przyjaciół, Sprawiedliwość wnet zobaczą.”* Sfora siedmiu. Ale nie jesteśmy teraz Sforą i jest nas tylko czwórka...
Wiem, odpowiedział Harry. I myślę, że wiem też co to znaczy. Megan...
Wyjaśnił jej co ma powiedzieć.
Dobra. Spróbuję.
Megan wstała.
- Ron – powiedziała, przyciągając jego uwagę. - Ginny, Luna... to od nas wszystkich. - Wskazała na Harry'ego, Draco i Hermionę, która była od niej najbliżej. - Jesteście naszymi przyjaciółmi. Naszymi naprawdę dobrymi przyjaciółmi. Chcielibyśmy wiedzieć, czy nie zgodzilibyście się na stanie się dla nas kimś więcej.
- Co? - zapytał, trochę podejrzliwie, Ron.
- Chcielibyśmy, abyście stworzyli z nami Sforę.
- A co to oznacza? - zapytała Ginny.
- Sfora, to tak jakby rodzina. To ludzie którzy przysięgli dbać o siebie i wzajemnie się chronić.
- Twoja rodzina jest Sforą? - zapytała Luna.
- Tak. Przysięgaliśmy sobie. To połączyło nas razem. Przysięgniecie razem z nami i staniemy się Sforą?
- Jaka to przysięga? - zapytał Ron, który wbrew sobie wyglądał na zainteresowanego.
Megan wyrecytowała:

Dłonią w dłoń,
Różdżką twą,
Życia broń
Wiecznie chroń.*

- Musicie złączyć dłonie i powtórzyć to trzy razy. - Harry powiedział jej aby opuściła tę część o krwi, gdyż wiedział, że nie powinni używać noży ani tego typu ostrych narzędzi, a nie było tu dorosłych którzy mogli by im pomóc. - Stworzycie z nami Sforę? Proszę?
- Tak – powiedziała bez ogródek Luna.
Ginny patrzyła w sufit, wyraźnie ciężko myśląc, po czym spuściła głowę na dół i kiwnęła nią krótko.
- Tak. Zrobię to.
Ron wyglądał na nieprzekonanego.
Megan, powtarzaj po mnie, szybko powiedziała Hermiona. Ron, chciałeś wiedzieć, co możemy zrobić...
- Ron, chciałeś wiedzieć co możemy zrobić – powiedziała Megan, przerywając, aby Hermiona mogła dokończyć. - Oto odpowiedź. Jako Sfora, możemy zrobić wszystko razem. Będziemy silni. Dużo silniejsi, niż gdybyśmy byli sami. Proszę. Potrzebujemy cię.
- Wy potrzebujecie mnie? - powtórzył Ron. Spojrzał na Hermionę, na Draco, Megan, i znowu wrócił wzrokiem do Harry'ego. - Potrzebujecie mnie?
Harry pokiwał głową. Naprawdę cię potrzebujemy. Perełko, powiedz mu.
- Harry mówi, że naprawdę cię potrzebujemy, Ron – powiedziała Megan. - Proszę?
Ron wahał się jeszcze chwilkę, po czym pokiwał głową.
- Dobrze.
Złożyli przysięgę Sfory razem, w pokoju Rona, siedząc w kółku na podłodze. Trzymali się za ręce lub łapy, recytując słowa razem, na głos lub w ciszy, zależnie od możliwości. Tym razem, nie było żadnego mrowienia, żadnego uczucia związanego z przysięgą – po prostu wypowiedzieli ją trzy razy i, po chwili niezręcznego milczenia, puścili swoje dłonie.
- Czy to działa? - zapytała Ginny. - Nie czuję żadnej różnicy.
Nie sądzę, aby to miało na tym polegać, powiedział Draco.
Ginny podskoczyła w zaskoczeniu.
- Kto to powiedział?
Eee, ja, stwierdził niepewnie Draco. Słyszysz mnie?
- Ty mówisz! - krzyknął w zaskoczeniu Ron.
Słyszycie nas! powiedziała z zadowoleniem Hermiona. To musi być efekt przysięgi – sprawiła że jesteśmy jak bracia i siostry, więc teraz wy również możecie nas słyszeć!
Cóż, to na pewno wszystko uprości, stwierdził Harry. Meg nie będzie musiała wszystkiego tłumaczyć. Chodźmy więc. Mamy szczura do złapania.

Molly Weasley właśnie układała ubrania w swojej sypialni, gdy usłyszała pukanie do drzwi.
- Proszę – zawołała.
Megan Black otwarła drzwi jedynie na tyle szeroko by wślizgnąć się do środka.
- Cześć, pani Weasley – powiedziała nieśmiało. - Chciałam tylko wiedzieć gdzie pani jest.
Molly poczuła jak jej serce się topi.
- Och, kochanie. - Podeszła do Megan impulsywnie i uścisnęła ją serdecznie.
Dziewczynka również mocno ją uścisnęła.
- Dziękuję – powiedziała, uśmiechając się do Molly. - Jest pani fajną mamą. Ron i Ginny mają naprawdę szczęście.
- Ależ z ciebie pochlebca – powiedziała pani Weasley, uśmiechając się w odpowiedzi. - A teraz uciekaj, już. - Machnęła ręką, jakby wyganiała mysz.
Megan szybko wyleciała z pokoju, zamykając za sobą drzwi.

Mam ją, wykrzyknęła Megan.
- Co masz? - zapytała Ginny.
- Różdżkę – odpowiedziała Luna, tonem sugerującym że to oczywiste.
Megan dotarła do pokoju, zdyszana i tryumfująca.
- Oto ona – powiedziała, podnosząc swoją zdobycz.
Ron ciężko westchnął.
- To mamy!
- Buchnęłam ją z jej kieszeni. - Zachichotała Megan.
Ron zagapił się na tę małą, niewinną dziewczynkę.
Ona tylko wygląda na słodką i niewinną, powiedział Harry. Wiem to z własnego doświadczenia. Dalej Meg, aktywuj to.
Dziewczyna pochyliła się nad starym kawałkiem pergaminu, który Draco „pożyczył” od bliźniaków.
- Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego – powiedziała.

Hagrid siedział samotnie w swoim domku, patrząc w ogień.
Sprawdził godzinę na swoim ręcznym zegarku. Była prawie trzecia. Dwie godziny od kiedy się dowiedział.
Był akurat w zamku, na lanczu, kiedy profesor Flitwick wbiegł do Wielkiej Sali, wyraźnie czymś podekscytowany.
- Syriusz Black! – wykrzyknął. - Syriusz Black został aresztowany!
Oczywiście, wszyscy chcieli dowiedzieć się szczegółów. Flitwick nie wiedział zbyt wiele, ale to co wiedział wystarczyło aby Hagrid poczuł się źle.
Syriusz został aresztowany w swoim domu, razem z innym mężczyzną i dwoma kobietami. W domu nie znaleziono żadnego dziecka. Czwórka dorosłych będzie sądzona następnego dnia i jeśli Syriusz zostanie skazany, na pewno nie wywinie się od pocałunku. A nawet jeśli i tak zostanie zamknięty w Azkabanie.
A on zapewne woli zginąć niż tam wrócić, pomyślał Hagrid. Nie mogę stwierdzić abym się mu dziwił.
Ktoś zapukał do drzwi.
- Wejść – zawołał, wstając i łapiąc Kła za obrożę. - Cofnij się, Kieł. Cofnij się.
Otworzył drzwi i zobaczył jedną osobę której nigdy wcześniej nie widział – i jedną którą znał.
- Megan! - puścił Kła, który zaraz skoczył na wysokiego chłopaka i zaczął go lizać po twarzy, a sam uściskał płaczącą dziewczynkę.
- Jestem tak szczęśliwa, że cię widzę – powiedziała, śmiejąc się przez łzy. - Możemy wejść do środka?
- Och, oczywiście, oczywiście – powiedział olbrzym, serdecznie zakłopotany swoim brakiem manier. Przesunął się na bok, pozwalając im wejść.
- To jest mój szczur, proszę pana – wyjaśnił chłopak, kładąc zawierającą zwierzątko klatkę na stole. Ściągając kaptur odsłonił czuprynę ogniście czerwonych włosów – musiał być Weasley'em. W dodatku w wieku Harry'ego i Draco, jeśli Hargid dobrze odgadnął jego wiek. - Ostatnio nie sypia dobrze. Ma pan coś co może mu pomóc?
Megan podała Hagridowi krótki liścik, napisany dziecięcym pismem i przycisnęła palec do warg w nakazie milczenia. Półolbrzym przeczytał ją po cichu.
Proszę, daj szczurowi coś, co sprawi że będzie spał cały dzień. Wyjaśnimy ci wtedy wszystko.
- No dobrze – powiedział Hagrid idąc w stronę spiżarki. - Mam coś na to. - Szybko wymieszał trochę eliksiru usypiającego, którego używał gdy musiał zbadać jakieś dzikie leśne zwierze, z miodem. Odmierzył porcję dla szczura małą łyżką. - Podaj go tutaj, chłopcze. A tak w ogóle, to jak ci na imię?
- Ron, proszę pana. Ron Weasley.
- Ejże, nie jestem panem – powiedział Hagrid, podsuwając szczurowi łyżkę. Ten powąchał miód, po czym zaczął go zlizywać. - Po prostu Hagrid. Tak właśnie wszyscy na mnie mówią.
Szczur wylizał cały miód i zaczął czyścić sobie wąsy.
- Silna z niego bestia – powiedział Hagrid, obserwując zwierzątko. - Powinno zacząć działać w każdej... o, działa.
Szczur ziewnął. Ron szybko schował go z powrotem do klatki.
- Jest – powiedział zamykając klatkę na zamek, z miną wyrażającą ponurą satysfakcję.
- Już? – zapytała Megan, wyraźnie tłumiąc swoje emocje.
- Jeszcze nie – powiedział Ron, patrząc się na szczura. - Jeszcze chwila...
Szczur znowu ziewnął, po czym zwinął się w kłębek i zamknął oczy.
- Już - stwierdził Ron, kiwając głową w stronę Megan.
Dziewczyna odwróciła się do Hagrida.
- On nie jest szczurem – powiedziała, z uśmiechem na pierwszy rzut oka zbyt wielkim, by zmieścić się na jej małej twarzyczce. - Nie prawdziwym. To Glizdogon. Znaleźliśmy go. Możemy uratować Sforę.
Hagrid w pierwszej chwili nie zrozumiał. Po czym to do niego dotarło.
Glizdogon. Znaleziony. Jego przyjaciele uratowani.
Jego dziki okrzyk radości, najprawdopodobniej słyszalny był w całym zamku.

Luna zmierzała drogą w stronę Jaskini. Draco truchtał koło niej, prawie niewidoczny w padającym śniegu. Artykuł o tobie był niezwykle ciekawy, powiedziała.
Co mówił?
Że twoja matka poświęciła swoje życie, aby przekonać pewien sekretny kult w Wali, by wzięli cię pod opiekę.
Draco zaśmiał się. Żaden sekretny kult. Po prostu Sfora. Ale moja matka faktycznie się poświęciła. Jego głos utracił wszelkie ślady wesołości. Umarła, aby już nikt nie mógł jej użyć przeciw mnie. Abym nigdy nie musiał wybierać między lojalnością ku Sforze, a ku niej.
Luna podciągnęła swój lewy rękaw i obejrzała uważnie rękę. Mam tutaj bliznę, powiedziała. Tu, gdzie trafiły mnie drzazgi z miski mojej matki.
Draco spojrzał. Siedem kropek ułożonych w kształt półksiężyca odznaczało się na przedramieniu Luny. To jest śliczne, powiedział. Jak księżyc. Jak twoje imię.
Luna uśmiechnęła się do niego. Jesteśmy, powiedziała, odwracając się w stronę wejścia do Jaskini. Jak wejdziemy do środka?
Na ziemi jest taka specjalna klamka. Stajesz na niej i drzwi się otwierają. Draco zaczął kopać w miejscu gdzie, jak wiedział, pod śniegiem ukryta była klamka.
Dlaczego macie tu coś takiego?
Po prostu mamy, odpowiedział chłopak. Sfora, czy nie Sfora, nie mógł tak po prostu opowiedzieć Lunie o Łapie i Lunatyku bez ich zgody. Tutaj jest. Nacisnął łapą klamkę i drzwi frontowe stanęły przez nimi otworem.
Szybko weszli do środka i zamknęli je za sobą. Te papiery są tutaj, powiedział Draco, prowadząc dziewczynę w głąb domu. Lunatyk trzyma wszystkie ważne dokumenty w tym biurku. Hasło to...
- Katerina – powiedziała Luna do biurka, które posłusznie się odblokowało. Otwarła szufladę i zaczęła przeglądać znajdujące się w środku dokumenty.
Draco wskoczył na krzesło i położył przednią łapę na półce. W tym, powiedział, wskazując łapą. Czuję krew.
Luna sięgnęła do wskazanej przegródki i wyciągnęła zwój. To?
Otwórz.
Dziewczyna ostrożnie rozwinęła dokument.
To to, powiedział Draco, przeglądając szybko jego treść. Cieszę się, że Neenie o tym pamiętała.
Ona jest dobra w zapamiętywaniu różnych rzeczy, powiedziała Luna. Mam nadzieję, że z jutrzejszego dnia będzie miała tylko dobre wspomnienia.
Też mam taką nadzieję.
Dziewczyna i lis opuścili dom, zamykając za sobą drzwi.

Minerwa McGonagall była w domu swojej siostry, kiedy rozentuzjazmowany sąsiad fiuuknął do nich, aby podzielić się wieścią o aresztowaniu Syriusza Blacka i jego przyjaciół. Musiała na parę minut przeprosić siostrę, aby dojść do siebie po tej wiadomości.
Dobry Boże, czy na tym świecie nie ma sprawiedliwości? pomyślała, padając na łóżko w pokoju gościnnym. Czy nie wycierpieli już wystarczająco dużo?
Właśnie wtedy uświadomiła sobie jak bardzo przywiązała się do Sfory.
Sowa zapukała do okien jej sypialni. Szybko je otwarła i wpuściła ptaka do środka.
List był od Dumbledora i w jego charakterystycznym stylu – krótko i do rzeczy.
Minerwo,
wyczekuj kontaktu z Hagridem, a jeśli do niego dojdzie, zrób to co ci powie. Nie rozpaczaj. Naszych przyjaciół da się jeszcze uratować.
Albus
Przeczytała to trzy razy, po czym osuszyła łzy i z powrotem dołączyła do rodziny.
Następna sowa przyleciała jakieś półtorej godziny później. Zegar jej dziadka właśnie wskazywał trzecią trzydzieści, kiedy ptak pojawił się na parapecie.
- To do ciebie, ciociu Minerwo – powiedziała jej siostrzenica Julia, głaszcząc pióra na głowie sowy.
- Dziękuję – odparła profesor McGonagall, przyjmując od niej list. Julia ukończyła Hogwart trzy lata temu, z Severusem Snape'm przeszkadzającym jej na każdy możliwy sposób. To zapewne takie ćwiczenie przed tym jak Harry Potter zjawi się w progach szkoły.
Złamała pieczęć i zaczęła czytać.
Pani profesor.
Możemy spotkać się jutro w Atrium Ministerstwa?
Hagrid
To było wszystko. Żadnego wyjaśnienia, postscriptum, nic.
Minerwa znalazła pióro i atrament. Będę, naskrobała szybko, po czym ponownie złożyła i zaadresowała pergamin, przywiązując go do nóżki sowy.
Hagrid najwyraźniej nauczył się czegoś od Albusa przez te wszystkie lata.
Konkretniej, jak być zupełnie niejasnym, kiedy myśli że jest całkowicie oczywisty.
Godziny przed dziesiątą jutrzejszego ranka zapowiadają się na bardzo długie.

*wiersze w tłumaczeniu magdy2em


Tłumaczenie następnego rozdziału raczej nie pojawi się wcześniej niż za tydzień.
Tymczasem pozdrawiam wszystkich, którzy do tego czasu odnajdą tę stronę ;)

piątek, 15 lipca 2011

Rozdział 40: Wszystkie drzwi zamknięte


A oto leci następny rozdzialik...

Rozdział 40: Wszystkie drzwi zamknięte
Syriusz podskoczył, kiedy odgłos klaskania odbił się echem po korytarzu. Kurde, jestem zdenerwowany. Muszę się uspokoić.
Oczywiście, byłoby to dużo prostsze gdybym nie był sam i w dodatku zamknięty w jakiejś celi.
Tak, wygląda na to, że ten dzień znajdzie się na bardzo wysokiej pozycji listy „Najgorszych dni w moim życiu”.
Usiadł na łóżku i zagapił się na przeciwległą ścianę. Nie patrz na kraty, upomniał się. Będziesz się tylko czuł gorzej. Patrz na ścianę. Miłą, nudną, białą ścianę.
I bądź wdzięczny za te różne małe udogodnienia. Jak światło.
Każda z celi miała w suficie panel, zapewne podobny w działaniu do okien w gabinetach Ministerstwa Magii, ale nastawiony na ciągłe świecenie czystym, białym światłem, a nie pokazywanie jakiegoś widoku. Efekt przypominał trochę mugolskie świetlówki.
Które właśnie zaczyna przyprawiać mnie o ból głowy.
Ile bym dał, aby zobaczyć prawdziwe światło słoneczne. Chociaż dziś nie ma go za wiele. W końcu mamy dziś trzeci co do krótkości dzień w roku...
I to dziś będzie pełnia.
Syriusz wrócił myślami do lat spędzonych w Hogwarcie. Remus z reguły spędzał poprzedni i następny dzień po pełni w skrzydle szpitalnym, ponieważ jego ciało zaczynało się zmieniać już jakąś dobę przed wschodem księżyca, a później powracało do swojego zwykłego stanu tak samo lub jeszcze dłużej. W zimie, kiedy noce są dłuższe, zdarzało mu się tam spędzać nawet cztery dni, dwa przed i dwa po pełni.
Ale z Danger przy jego boku, tak przed jak i po pełni, jakiekolwiek zmiany były ledwo widoczne.
A teraz, kiedy jej nie ma...
Aurorzy zabrali gdzieś Danger zaraz po tym jak Sfora wylądowała świstolkikiem w Ministerstwie. W momencie gdy Remus puszczał jej rękę, Syriusz zobaczył jego pobladłą twarz i zaciśnięte wargi. Kiedy aurorzy odprowadzali go do celi, lekko kuśtykał.
Ta noc będzie dla niego bardzo ciężka. Boże, chciałbym być przy nim. Nie zastąpię mu Danger, ale mógłbym pomóc choć trochę. Będzie strasznie wyglądał na jutrzejszym procesie... Wizengamot zapewne pomyśli, że go pobiłem, czy coś w tym stylu...
Proces, westchnął Syriusz. Jakiś czas temu był tu jakiś nadgorliwy urzędnik, zebrać jego dane osobowe – imię, nazwisko, aktualne miejsce zamieszkania itp. - oraz poinformować o stawianych mu zarzutach. Trzynastu zamordowanych mugoli – o tym już wiedział. Ucieczka z Azkabanu – również do przewidzenia. Ale to, że on został oskarżony o porwanie Harry'ego stanowiło dla niego pewną niespodziankę.
Cóż, mógłbym udowodnić, że akurat tego nie zrobiłem, pomyślał, powstrzymując się od dalszych myśli o Harry'm. I jestem prawie pewny, że nie jest przestępstwem ucieczka z więzienia gdy jest się niewinnym. Ale udowodnić że jestem niewinny będzie naprawdę ciężko. Nawet jeśli zgodzę się na przesłuchanie pod Veritaserum, stwierdzą że zrobiłem coś by je oszukać – na przykład że jestem pod Imperiusem, który każe mi opowiadać coś odbiegającego od prawdy albo że zostałem skonfundowany, abym uwierzył w swoją wersję wydarzeń – w końcu, serum prawdy wykrywa tylko czy ty myślisz, że mówisz prawdę.
Jego dłonie powoli zacisnęły się w pięść. Tak naprawdę, potrzebujemy tylko znaleźć Petera. To jedyny sposób, aby ostatecznie i bez dalszych wątpliwości udowodnić moją niewinność. Jakby się zastanowić, to sprawi że żadne z nas nie będzie dłużej o nic oskarżane – jedyny zarzut jaki postawiono reszcie, to pomaganie mnie, niebezpiecznemu mordercy. Jeśli udowodnimy, że ja jestem niewinny, ten zarzut również. Cóż, jest jeszcze porwanie, którego dopuścili się Remus i Danger, ale oni tylko zwrócili Harry'ego jego prawowitemu opiekunowi – mnie...
Wspomnienie ich spotkania, na tej małej polanie w Szkocji, powróciło do Syriusza z całą mocą. Przypomniał sobie jak maleńka, zbyt chuda twarz Harry'ego rozjaśniła się na dźwięk jego głosu – znał mój głos. Moja twarz się zmieniła, ale znał mój głos.
I od tego momentu, już się nie rozstawaliśmy. Z wyjątkiem tej chwili w której więził nas Malfoy, nigdy nie byliśmy rozdzieleni, aż do teraz...
Wspomnienia tego małego incydentu napłynęły do jego pamięci. W szczególności, wspomnienia tego czystego strachu, który poczuł kiedy Danger powiedziała gdzie są – kiedy zdał sobie sprawę, że jest bezsilny, uwięziony, oddzielony od swoich wilczków i w dodatku na łasce wroga. Jedyną rzeczą która pozwoliła mu to przetrwać, był fakt że reszta Sfory była razem z nim.
A teraz rozdzielono również nas. Teraz jestem sam.
To była ta myśl, której starał się unikać już prawie godzinę...
Godzina. To jest dobre. Myśl o czasie. Sen Danger był około 12:30, a Moody przybył do Jaskini o 12:45. Świstoklik uaktywnił się o 12:52. Kiedy ostatni raz widział Aletę, była 12:58. Trzymała głowę wysoko, w pozie która tak bardzo przypominała Megan...
Nie. Nie myśl o Megan. Nie myśl o żadnym z nich. Nie będziesz w stanie tego zatrzymać...
Aurorzy zamkneli drzwi do jego celi dokładnie o 13:00, a urzędas przyszedł tu o 13:07 i wyszedł o 13:19. Teraz była 13:50. Spojrzał ponownie na zegar. 13:51.
Zachód słońca jest około czwartej. A gdy słońce zachodzi, pojawia się księżyc...
Jeśli bylibyśmy teraz w domu, właśnie przygotowywalibyśmy się do jaskiniowej nocy – nie, zaraz, my już zaczęliśmy się przygotowywać, zaraz po śniadaniu. Zastanawiam się co pomyśleli sobie aurorzy przeszukujący Jaskinię, gdy zobaczyli te wszystkie materace w pokoju z choinką?
No właśnie, choinka. Jutro jest Wigilia Bożego Narodzenia. Zostaniemy skazani w Wigilię. Jest w tym coś sarkastycznego, ale jakoś nie mogę sprecyzować co.
Hej, zaraz, może jednak nie zostaniemy skazani? Ponieważ nie jesteśmy przestępcami? Powinniśmy być teraz w domu, z naszymi wilczkami, przygotowując się na święta, a nie tutaj, w więzieniu, bez zielonego pojęcia gdzie znajdują się wilczki, a nawet czy wciąż żyją, rozdzieleni, samotni...
Był bliski rozpłakania się lub głośnego krzyku. Nie wiedział dokładnie czego.
- Niech ktoś mi pomoże – wyszeptał żarliwie. - Proszę.
Łańcuch, powieszony na jego szyi, zdawał się rozgrzewać.

Aleta chodziła tam i z powrotem po swojej celi, stawiając kroki tak, by wpasowały się w bicie jej serca. Można by to nazwać nerwowym chodzeniem*...
Ja nie łażę. Nerwowi ludzie łażą. Ja nie jestem nerwowa, więc nie można powiedzieć że łażę.
Westchnęła, przyznając się do porażki.
To nieprawda. Łażę i jestem nerwowa.
Jej myśli były troszkę poplątane. To wszystko działo się tak szybko. Mniej niż dwie godziny temu, Sfora była szczęśliwa, bezpieczna, razem. A teraz byli porozrzucani, oddzieleni od wilczków – w dodatku nie wiadomo gdzie trójka z nich się znajduje.
Odsunęła swoje myśli z daleka od tego tematu. Przynajmniej wiem gdzie jest Megan. Jest bezpieczna u Weasleyów. Molly i Artur będą się nią dobrze opiekować.
Możliwe, że na dłużej niż chciałabym o tym myśleć.
Jej myśli odpłynęły od jej dziecka i skierowały się do ojca, jej męża, jej kochanka i lubego. Syriusz. Na Boga, to musi być dla ciebie straszne. Chciałabym ci w jakikolwiek sposób pomóc, ale nie mogę. Ja jestem tu, ty tam, a ja nie mam jak się do ciebie dostać...
Głos Danger zabrzmiał w jej głowie.
Mężna prawda musi dać,
Gwieździe dźwięk, co pomoże mu trwać... **
Aleta zatrzymała się w pół kroku. Może ja nie mogę wydostać się na zewnątrz... ale dźwięk powinien dać radę. Da. Zrobi to. Klasnęła w dłonie, a dźwięk zadowalająco odbił się echem wzdłuż korytarza, za zakratowanymi drzwiami jej celi.
Ale jaki rodzaj dźwięku pomoże Syriuszowi trwać?
Usiadła i zamknęła oczy, myśląc o swoim mężu, przyjacielu, swojej drugiej połówce, jedynym mężczyźnie jakiego kiedykolwiek kochała, jedynym jakiego kiedykolwiek chciała kochać. Te miesiące, kiedy myślałam że zdradził Lily i Jamesa oraz zabił tych wszystkich ludzi, były okropne. Nie wiem jak długo mogłabym wytrzymać takie życie.
Od tych myśli blisko było do momentu ich ponownego spotkania się w jej pokoju muzycznym, a stamtąd do rozmów które prowadzili przez parę następnych dni. Szczególnie jedna rozmowa wysuwała się na wierzch. Aleta cofnęła się powoli we wspomnieniach i pozwoliła umysłowi działać na własną rękę. To jest jak praca z dzieckiem – nieśmiałym dzieckiem – takim jak Draco, kiedy przyszedł do nas. Zastanawiasz się nad wstępem, a później pozwalasz myślom działać dalej.
I, stopniowo, umysł przynosił jej odpowiedź.


*łażenie – niestety, wydaje mi się, że nie mamy odpowiednika słowa „pacing” w języku polskim. Zapewne, po angielsku jest to coś bardziej kojarzonego z nerwusami niż u nas, ale nie byłam w stanie tego oddać po polsku
**w tłumaczeniu magdy2em (bo pierwszy raz cały ten wiersz pojawia się w rozdziale 38) te linijki brzmią w ten sposób:
Serce jastrzębie, Prawdę wskaż
Gwieździe jak pieśń, skąd wsparcie masz
Ale wydaje mi się, że to nie oddaje do końca sensu i trudno to jest później wpasować w tekst. Oczywiście ja się tu wymądrzam przy tych dwóch linijkach, a ona przetłumaczyła ich trzydzieści dwie, ale i tak pozostanę przy swojej wersji, bo mi tu lepiej pasuje.

- Moje łapy zaczynały się męczyć – opowiadał Syriusz, trzymając na kolanach drzemiącego Harry'ego. Było parę dni po jego ucieczce z Azkabanu i cała Sfora – tyle że nie byliśmy wtedy Sforą, jeszcze nie – zebrała w jednym pokoju, aby wysłuchać ich historii.
- I cały czas myślałem, że po prostu oszalałem. Stwierdziłem więc, że chciałbym usłyszeć ciebie, grającą na pianinie, Aleto – i usłyszałem. Grałaś coś w tym stylu. - Zanucił serię dźwięków, pięć wysokich, ostatnie trzy jeszcze raz, po czym powtórzył całość.
- No dobra, zrobiło się strasznie – powiedziała Aleta. - Ponieważ grałam to w noc gdy uciekłeś. Gdy wróciłam do domu, po kradzieży w muzeum. I grając myślałam o tobie.
- Możliwe, że jesteśmy w jakiś sposób połączeni – zasugerował Remus. - Magia Danger jest ciągle nieprzewidywalna. Mogła połączyć nas wszystkich, w ten sam sposób jaki połączyła ją ze mną, ale słabiej i tylko chwilowo.
- I to tłumaczy skąd wzięłam tę moc aby ściągnąć was na ląd – dodała Danger. - Skoro miałam do dyspozycji magię całej naszej czwórki. Oglądałam was, wiecie – zwróciła się do Remusa i Syriusza. - W moim śnie. Wiedziałam że śpię , wiedziałam że cały czas jestem w samochodzie, ale mogłam was widzieć i słyszałam co do mnie mówisz, Remusie, że się wam nie uda, więc... - Ruszyła ręką, jakby coś ciągnęła. - zrobiłam coś w tym stylu.
- I jestem bardzo szczęśliwy, że to zrobiłaś – powiedział spokojnie Remus, gdy Neenie przytuliła się do niego.
- Wiesz, uratowałaś mi życie – powiedział delikatnie Syriusz do Alety, gdy Remus i Danger zajęli się sobą. - Muzyką. Słuchając cię, zapomniałem że jestem zmęczony. Do prawdopodobnie jedyny powód dzięki któremu to przeżyłem.
- W takim razie, jestem bardzo szczęśliwa, że mnie słuchałeś – powiedziała Aleta, kładąc głowę na jego ramieniu i pozwalając sobie na poczucie bezpieczeństwa w obecności osoby którą kochała, która, jeśli tylko ona miałaby coś do powiedzenia, nigdy by nie znikła z jej życia...

Moja muzyka. Ją mogę mu dać. Mogę śpiewać. Powiedzieć mu, że nigdy nie jest sam. Że nie ma znaczenia jak wiele drzwi jest pomiędzy nami, ja ciągle jestem z nim.
Po tym stwierdzeniu nawet wiedziała co ma zaśpiewać. Utwór tego samego kompozytora który stworzył jej ulubiony miłosny duet, ale w zupełnie innym stylu. Oryginalnie piosenka była dedykowana męskiemu głosowi, ale lekko przerobiona pasowała w sam raz dla kobiety...
I idealnie pasuje do sytuacji. Piosenkarz został uwięziony za coś czego nie zrobił, a historia ma szczęśliwe zakończenie.
Wstała i zwróciła się do drzwi, zamykając oczy. Łańcuch na jej szyi rozgrzał się, jakby zgadzał się z tym co właśnie zamierzała zrobić. Oddychając głęboko, zaczęła nucić, pozwalając dźwiękowi rosnąć w siłę, aż zgrał się z otaczającymi ją ścianami.
Tak jest dobrze. Akurat na dźwięk początkowy.
Wyobraziła sobie wstęp. Dwa poważnie brzmiące akordy na pianinie..
Słowa były gorzkie, zapraszały porywaczy śpiewaczki do ich mowy, o byciu oddzieloną od świata, o każdym momencie pełnym bólu...
Jej głos był coraz wyższy, po czym opadł w dół, kiedy śpiewaczka uświadomiła sobie, że odpowiedzi na jej pytana były daleko i nie stawały się ani trochę bliższe...
Powrót do tematu przewodniego. Chociaż wszystkie drzwi mogły być zamknięte, a ukochana osoba gdzieś daleko (zdumiała się, ile uczuć mieści się w tej jednej linijce), nigdy nie będzie sama, śpiewała Aleta. Ta zwrotka miała inne zakończenie, pełne nadziei, mówiące o spokoju duszy piosenkarki, o obietnicy domu, własnego miejsca we wszechświecie...

Nie przerywaj. Proszę, nie przerywaj. Syriusz błagał bezgłośnie żonę. Proszę, jeszcze nie kończ. Już prawie jestem...
Jej nucenie pojawiło się tak szybko po jego cichych prośbach o pomoc, że prawie uwierzył, iż po prostu go usłyszała. Na początku zignorował je – jako coś zwyczajnego – ale kiedy zaczęła śpiewać, nie był w stanie przestać słuchać. A ta piosenka coś w nim zmieniała.
Tak jakby poprzestawiała mi coś w umyśle. Nie jestem sam. Może dokładnie tutaj, w tej dokładnie chwili jestem tylko ja, ale nigdy nie jestem naprawdę samotny. Nie, dopóki jestem częścią Sfory. I nie dopóki mam to. Dotknął medalionu wiszącego mu na szyi. W tym jest cząstka każdego z nas. Nie ma znaczenia jak daleko jestem od reszty; zawsze jesteśmy razem w naszych sercach.
Nie osiągnął jeszcze tego spokoju duszy, o którym mówiła piosenka, ale był już blisko...
Aleta zaczęła śpiewać raz jeszcze, czyniąc porywaczy jeszcze gorszymi, próbując wymazać nawet resztki swojej tożsamości podczas odtwarzania ich roli.
Syriusz uśmiechnął się, w reakcji na treść. Nikt, zupełnie nikt, nie ma tyle jadu w głosie co Leta. Nawet Snape nie byłby w stanie tego tak zaśpiewać.
Obraz Severusa Snape'a nagrywającego się na kasetę magnetofonową prawie sprawił, że Syriusz ryknął śmiechem i przegapił następną zwrotką, mówiącą o tym jak mało śpiewaczka znaczy, gdy jest tylko sobą.
Syriusz słuchał uważnie jak głos Alety podnosi się przechodząc do wyższych dźwięków. Zmieniła modulację głosu i zwolniła na coś, co musiało być finałem, podtrzymując to co wyraziła wcześniej – że ona i ten kto kocha tak samo mocno, nigdy tak naprawdę nie będzie sam.
Syriusz potrząsnął głową w zamyśleniu. Jej głos naprawdę dobrze się niesie. Nie mam pojęcia gdzie ona jest, ale słyszę ją jakby stała tuż koło mnie.
I czuję się jakby tak było.
Dziękuję ci naprawdę mocno, kochanie. Dokładnie tego potrzebowałem. Dość rozpaczy. Dość użalania się nad sobą. Dumbledore ma rację – prawda jest po naszej stronie. Wyjdziemy z tego cali i zdrowi. Znajdzie się sposób.

Punkt druga tego popołudnia, aresztu przybyła uzdrowicielka. Jej misja była dwutorowa – miała przebadać więźniarkę, nieprzytomną, powody nieznane i porozmawiać z wilkołakiem.
Wzdrygnęła się, gdy tylko wyszła z kominka, przypominając sobie swój ostatni raz w tym miejscu. Właśnie dlatego zmieniłam specyfikację na badania wstępne. Tak abym nigdy więcej nie musiała przychodzić tutaj, do...
Ale to było wtedy, a teraz jest teraz. Nie znasz tej kobiety. Nie ma możliwości abyś ją znała.
Podążała za aurorem-stażystą, w głąb labiryntu korytarzy, do małego szpitala, gdzie jej pacjentka leżała nieprzytomna.
Zaraz, zaraz. Czy ja jej jednak nie znam?
Twarz, zrelaksowana jak podczas snu, majaczyła gdzieś na skraju świadomości Uzdrowicielki. Nie, nie znam jej. Nie zupełnie. Myślę, że mogła być mi kiedyś przedstawiona w jakiś sposób. Ale to było dawno temu.
Odkładając tę kłopotliwą zagadkę na później, rozpoczęła swoje zwyczajne badania, które nic nie wyjaśniły, tylko spowodowały nowe pytania.
Wygląda na zupełnie zdrową – przynajmniej jej ciało – ale na nic nie reaguje. Najbliżej temu do... Gwałtownie przełknęła ślinę. Na oddziałach długoterminowej opieki była tylko parę razy w swoim życiu, a na takim dla kompletnie ubezwłasnowolnionych pacjentów tylko raz, jeszcze jako praktykantka. Jeden z ludzi których tam widziała był ofiarą pocałunku dementora.
Stanowczo potrząsnęła głową. Nie. Ona nie mogła być pocałowana. Co dementor robiłby tak daleko od Azkabanu?
Mimo wszystko, wygląda to bardzo podobnie. Jak gdyby jej dusza w jakiś sposób zniknęła z ciała – jak gdyby zostały jakoś rozłączone...
- Nic nie mogę dla niej zrobić – powiedziała do czarodzieja, który zazwyczaj pracował w szpitaliku. - Jedyne co można zrobić, to czekać i mieć nadzieję że obudzi się cała i zdrowa.
- Obawiałem się że powiesz coś takiego – odpowiedział z przygnębieniem. - Chcesz teraz zobaczyć tego drugiego?
- Tak.
Zaprowadził ją do drzwi na tyłach szpitalu.
- Izolatki – wyjaśnił. - Prowadzi z nich tylko jedna droga, więc raczej się nie zgubisz. Trzecie drzwi po prawej. To są cele obserwacyjne, więc jest tam takie miejsce z przodu, z krzesłem, gdzie możesz usiąść jeśli będziesz musiała zostać na dłużej.
- Dziękuję. - Nie zamierzała zostawać na dłużej. Wilkołak był prawdopodobnie rozzłoszczony, przestraszony i niezbyt chętny do współpracy. Miała zamiar spróbować uzyskać odpowiedzi na kilka podstawowych pytań oraz spytać o zgodę na oglądanie jego transformacji, której - tego była pewna - nie dostanie. Nigdy nie dostawała. Wilkołaki były przewrażliwione jeśli chodzi o pokazywanie człowiekowi momentu ich największej słabości.
Z takimi i podobnymi myślami przeszła krótką odległość dzielącą ją od zajętej celi. Więzień siedział na dolnej pryczy, z głową schowaną między kolana przyciągnięte do klatki piersiowej i trzęsącymi się ramionami. Odchrząknęła łagodnie, aby zakomunikować mu swoją obecność.
- Przepraszam – powiedziała, kiedy ten nie zareagował w żaden sposób na jej obecność. - Jestem Uzdrowicielką Tonks. Chciałabym zapytać...
Mężczyzna gwałtownie podniósł głowę.
- Andy? - zapytał chrapliwie, patrząc się na nią.
Andromeda z wrażenia upuściła pióro.
- Remus? - spytała z niedowierzaniem. - Remus Lupin?
Najlepszy przyjaciel jej kuzyna posłał jej słaby uśmiech.
- Żaden inny. - Wyjął chusteczkę i wytarł nią policzki, na których widać było ślady łez. - Mogę zaoferować ci miejsce siedzące? - wskazał na krzesło stojące w przedniej części celi, oddzielonej od reszty drugą kratą.
- Oczywiście.
Moje plany właśnie uległy zmianie. Radykalnej.
- Co ty tu robisz? - zapytała, już w tym momencie wiedząc że nie było to najbystrzejsze.
- Zadawałem sobie to samo pytanie przez ponad godzinę. Uważam, że ktoś myśli iż popełniłem jakieś przestępstwo. - Wzruszył ramionami.
Jego poczucie humoru było nawet suchsze niż zapamiętała. I zdecydowanie kwaśniejsze.
- Tak więc, jesteś wilkołakiem.
- Od kiedy byłem mały.
- Przed Hogwartem?
Pokiwał głową.
- Dumbledore postarał się abym mógł normalnie chodzić do szkoły.
Oczywiście. On zawsze wierzy, że każdy ma tę lepszą część osobowości, której tylko trzeba pozwolić się wydostać.
- Syriusz wiedział?
- Wiedział. Nadal wie.
- Wiesz gdzie on jest?
Remus uśmiechnął się, bez cienia prawdziwego humoru.
- Wybierz się na spacer po tym miejscu. Znajdziesz go tu gdzieś.
- Aresztowali go?
- Aresztowali nas wszystkich.
- Wszystkich – powtórzyła Andromeda.
- Syriusza, Aletę, Danger i mnie.
Andy wahała się między dwoma pytaniami. W końcu zdecydowała się na to prostsze.
- Danger?
- Moja żona – powiedział krótko Remus. - Prawdopodobnie już ją widziałaś, albo za chwilę zobaczysz. Brązowe, gęste włosy, nieprzytomna, nie wiadomo kiedy, a nawet czy w ogóle, się obudzi.
- Tak mi przykro – odpowiedziała szczerze Andromeda. - Widziałam ją. Nawet przebadałam.
- Cokolwiek wiadomo? - zapytał, z pozoru normalnie, ale Andy zauważyła w nim desperację, potrzebę jakiejkolwiek wiedzy, czegokolwiek, co stało się z jego żoną.
- Nie. Przykro mi. - Nie miała w żadnym razie zamiaru powiedzieć mu tego jedynego skojarzenia jakie przyszło jej na myśl. Już był przeładowany emocjami – jeśli się dowie, że dusza jego żony prawdopodobnie gdzieś zniknęła, może stać się histeryczny, a ona naprawdę nie była w nastroju na oglądanie rozhisteryzowanego wilkołaka.
- W porządku – odpowiedział cicho Remus, na chwilę przyciskając dłonie do klatki piersiowej.
- A co ma z tym wszystkim wspólnego Aleta? - zapytała Andy, próbując wrócić rozmowę na bezpieczniejsze tory.
- Znasz jej córkę? - Remus posłał jej mały uśmiech.
- Tak. Na imię ma Megan, nie?
- Owszem. - Jego uśmiech urósł. - Jest twoją kuzynką.
- W jaki sposób? - Ale w momencie gdy zadawała to pytanie, odpowiedź sama przybyła, nie wiadomo skąd, i uderzyła ją prosto w twarz. - Syriusz. - Wzięła głęboki oddech. - Ona jest córką Syriusza. Nie, nie może być.
- Jest.
- Powinnam była się domyślić – wymruczała Andy. – Powinnam była się domyślić, ale nie chciałam składać tych wszystkich wskazówek razem.
- Wskazówek? - zapytał Remus, marszcząc brwi.
- Wiedziałam, że Aleta ma Draco – wytłumaczyła, układając sobie to wszystko w miarę mówienia. - Wiedziałam również, że chłopiec imieniem Harry, w wieku Draco, nazywał go swoim kuzynem. A oczywiście wszyscy wiedzieli, że Syriusz Black ma Harry'ego Pottera.
- Tak, to prawda – powiedział Remus z konsternacją. - Ale naprawdę chciałbym wiedzieć, kto powiedział ci te dwie pierwsze rzeczy.
Andy uśmiechnęła się, z ledwie cieniem samozadowolenia widocznym na jej twarzy.
- Moja Dora – powiedziała. - Rozpoznała Draco pod zaklęciami maskującymi i napisała mi o tym. Dwa razy.
- Cudownie. Odkryci przez... jedenastolatkę, tak?
- Za pierwszym razem, tak.
Rozmawiali trochę dłużej o dziwnej, eklektycznej rodzinie, którą Remus nazywał Sforą, pobieżnie tylko przechodząc przez temat Syriusza – Andy zapamiętała sobie aby dokładniej zapytać o niego później – i w końcu rozmowa zeszła na temat liknatropii i tego jak Remus sobie z nią radzi.
- Wysyłaliście gdzieś dzieci na czas pełni? - zapytała.
- Nie, spaliśmy w tym samym pokoju. Dzieciaki zwykły spać na mnie, co stało się dość problematyczne gdy trochę podrosły – teraz po prostu używają mnie jako poduszki.
Andy roześmiała się. Po czym spojrzała jeszcze raz na jego twarz.
Nie żartował.
- Ale... to jest...?
- Nieprawdopodobne? - podsunął Remus. - Nierozważne?
Delikatnie mówiąc.
- No trochę.
- Słyszałaś kiedyś o Eliksirze Tojadowym?
Oczywiście, że słyszałam. Pomagałam to rozprowadzać.
- Tak.
- Danger posiada magię, dar, który działa podobnie jak ten eliksir. Pod jest wpływem, nie tracę świadomości. - Uśmiechnął się delikatnie. - Nie przechodziłem przemiany bez niej, od kiedy się spotkaliśmy, prawie dziewięć lat temu.
Och. O, Boże.
- A musi być przytomna, aby jej magia działała?
- Nie wiem – przyznał Remus. - Ale od kiedy nie mogę być z nią, to nie ma znaczenia. - Odwrócił głowę w inną stronę. - Najgorsza część tego wszystkiego, to bycie samemu – powiedział, prawie że zbyt cicho aby mogła go usłyszeć. - Kiedy żyjesz w domu z trójką innych dorosłych (a jeden z nich to Syriusz Black) oraz czwórką dzieci, nigdy nie jesteś sam na dłużej. A Danger i ja mamy... specjalne połączenie. Zawsze możemy wyczuć obecność drugiej osoby. Ale teraz nie czuję jej. To mnie przeraża.
- Czy jest cokolwiek, co mogłabym zrobić? - zapytała Andromeda impulsywnie.
- Gdyby... - Remus wyglądał jakby bardzo trudno było mu to nawet powiedzieć. - Gdybyś mogła zrobić coś, abyśmy byli razem. Ten ostatni raz. Gdyby była jakaś możliwość sprowadzić resztę tutaj albo chociaż gdzieś blisko – bo mogłoby nie być dla nich zbyt bezpiecznie przebywać ze mną podczas transformacji – sama ich obecność naprawdę mi pomoże. - Odwrócił się z powrotem do niej. - To może być nasza ostatnia noc przed Azkabanem. Byłoby miło spędzić ją razem.
- Jeśli cokolwiek mogę tu zdziałać, zrobię to – obiecała Andy. Przygryzła wargę. Nie będzie dla niej zbyt fajnie prosić o coś takiego, ale to była część pracy którą przybyła tu wykonać...
- Remus?
- Tak?
- Jest jakakolwiek możliwość, abyś rozważył... czy będę mogła zobaczyć?
- Zobaczyć moją transformację? - Wyglądał na nieco zdziwionego takim pomysłem. - To nie jest miłe. I ostrzegam, wilk prawdopodobnie będzie dziś bardziej zły niż zwykle. Przez długi czas był trzymany w klatce. Masz świadomość, że wilkołaki zaczynają kaleczyć same siebie jeśli nie mają ofiary z człowieka?
- Tak.
- Myślę, że wilk będzie chciał się na mnie zemścić za poznanie Danger, za hamowanie jego dzikich zapędów przez te ostatnie osiem lat. - Spojrzał jej prosto w oczy. - Być może, będzie chciał mnie zabić.
Zajęło jej chwilę przeanalizowanie jego wypowiedzi i zrozumienie co miał na myśli.
- Nie chcesz powiedzieć, że...
- To jedna z możliwości. Pomyślałem, że powinnaś być ostrzeżona.
Andy raz jeszcze przeanalizowała jego słowa, ton, język ciała, tak jak to Uzdrowiciele są uczeni robić na studiach, a matki przez swój instynkt macierzyński i doszła do przerażającej konkluzji.
- Ty chcesz umrzeć – powiedziała, starając się utrzymać ton w cuglach, jakby udzielała mu krótkiej reprymendy. - Myślisz, że twoja żona jest martwa, więc chcesz umrzeć.
Remus nie odpowiedział.
- A co z resztą Sfory? - zapytała. - Co z Syriuszem i Letą? Co z waszymi wilczkami? - użyła jego słowa na określenie dzieci i z zadowoleniem zauważyła że się cofnął. Coś do niego dociera. - Nawet jeśli twoja żona nie żyje – w co osobiście nie wierzę, a jestem wykwalifikowanym Uzdrowicielem – masz innych ludzi dla których musisz żyć. Nie waż się rezygnować, Remusie Lupin. Nie waż się.
Wstała.
- Gdzie idziesz? - zapytał Remus, zaskoczony jej nagłym ruchem.
- Idę porozmawiać z Aletą – odpowiedziała. - I może z Syriuszem. A później pójdę porozmawiać z kimś odpowiedzialnym za to miejsce i zorientować się, czy jakikolwiek przepis zabrania trzymania dwóch lub więcej więźniów w jednej celi. To jeszcze nie koniec, Remus. Nie poddawaj się. Proszę.
- Dobrze – odpowiedział Remus, z westchnięciem. - Nie zrobię tego.
- Obiecaj.
- Obiecuję. - Uśmiechnął się lekko. - Szefowa Andy. - To było przezwisko wymyślone dla niej przez Syriusza.
- Zawsze. - Andromeda uśmiechnęła się w odpowiedzi. - Jeszcze jedna sprawa. O której jest wschód księżyca? Dokładnie?
- O piętnastej pięćdziesiąt osiem – niezwłocznie odpowiedział Remus.
Andy popatrzyła na swój zegarek. Była czternasta dwadzieścia sześć.
- Wspaniale. Wrócę w przeciągu godziny, aby zdać ci sprawę jak mi idzie.
Stała jeszcze na tyle długo, by usłyszeć Remusowe „Dobrze”, zanim rzuciła się biegiem przez korytarz, wywołując głośne echo.
Mam pół godziny aby uratować życie mężczyzny.
Każda minuta się liczy.