A oto leci następny rozdzialik...
Rozdział 40: Wszystkie drzwi zamknięte
Syriusz podskoczył, kiedy odgłos klaskania odbił się echem po korytarzu. Kurde, jestem zdenerwowany. Muszę się uspokoić.
Oczywiście, byłoby to dużo prostsze gdybym nie był sam i w dodatku zamknięty w jakiejś celi.
Tak, wygląda na to, że ten dzień znajdzie się na bardzo wysokiej pozycji listy „Najgorszych dni w moim życiu”.
Usiadł na łóżku i zagapił się na przeciwległą ścianę. Nie patrz na kraty, upomniał się. Będziesz się tylko czuł gorzej. Patrz na ścianę. Miłą, nudną, białą ścianę.
I bądź wdzięczny za te różne małe udogodnienia. Jak światło.
Każda z celi miała w suficie panel, zapewne podobny w działaniu do okien w gabinetach Ministerstwa Magii, ale nastawiony na ciągłe świecenie czystym, białym światłem, a nie pokazywanie jakiegoś widoku. Efekt przypominał trochę mugolskie świetlówki.
Które właśnie zaczyna przyprawiać mnie o ból głowy.
Ile bym dał, aby zobaczyć prawdziwe światło słoneczne. Chociaż dziś nie ma go za wiele. W końcu mamy dziś trzeci co do krótkości dzień w roku...
I to dziś będzie pełnia.
Syriusz wrócił myślami do lat spędzonych w Hogwarcie. Remus z reguły spędzał poprzedni i następny dzień po pełni w skrzydle szpitalnym, ponieważ jego ciało zaczynało się zmieniać już jakąś dobę przed wschodem księżyca, a później powracało do swojego zwykłego stanu tak samo lub jeszcze dłużej. W zimie, kiedy noce są dłuższe, zdarzało mu się tam spędzać nawet cztery dni, dwa przed i dwa po pełni.
Ale z Danger przy jego boku, tak przed jak i po pełni, jakiekolwiek zmiany były ledwo widoczne.
A teraz, kiedy jej nie ma...
Aurorzy zabrali gdzieś Danger zaraz po tym jak Sfora wylądowała świstolkikiem w Ministerstwie. W momencie gdy Remus puszczał jej rękę, Syriusz zobaczył jego pobladłą twarz i zaciśnięte wargi. Kiedy aurorzy odprowadzali go do celi, lekko kuśtykał.
Ta noc będzie dla niego bardzo ciężka. Boże, chciałbym być przy nim. Nie zastąpię mu Danger, ale mógłbym pomóc choć trochę. Będzie strasznie wyglądał na jutrzejszym procesie... Wizengamot zapewne pomyśli, że go pobiłem, czy coś w tym stylu...
Proces, westchnął Syriusz. Jakiś czas temu był tu jakiś nadgorliwy urzędnik, zebrać jego dane osobowe – imię, nazwisko, aktualne miejsce zamieszkania itp. - oraz poinformować o stawianych mu zarzutach. Trzynastu zamordowanych mugoli – o tym już wiedział. Ucieczka z Azkabanu – również do przewidzenia. Ale to, że on został oskarżony o porwanie Harry'ego stanowiło dla niego pewną niespodziankę.
Cóż, mógłbym udowodnić, że akurat tego nie zrobiłem, pomyślał, powstrzymując się od dalszych myśli o Harry'm. I jestem prawie pewny, że nie jest przestępstwem ucieczka z więzienia gdy jest się niewinnym. Ale udowodnić że jestem niewinny będzie naprawdę ciężko. Nawet jeśli zgodzę się na przesłuchanie pod Veritaserum, stwierdzą że zrobiłem coś by je oszukać – na przykład że jestem pod Imperiusem, który każe mi opowiadać coś odbiegającego od prawdy albo że zostałem skonfundowany, abym uwierzył w swoją wersję wydarzeń – w końcu, serum prawdy wykrywa tylko czy ty myślisz, że mówisz prawdę.
Jego dłonie powoli zacisnęły się w pięść. Tak naprawdę, potrzebujemy tylko znaleźć Petera. To jedyny sposób, aby ostatecznie i bez dalszych wątpliwości udowodnić moją niewinność. Jakby się zastanowić, to sprawi że żadne z nas nie będzie dłużej o nic oskarżane – jedyny zarzut jaki postawiono reszcie, to pomaganie mnie, niebezpiecznemu mordercy. Jeśli udowodnimy, że ja jestem niewinny, ten zarzut również. Cóż, jest jeszcze porwanie, którego dopuścili się Remus i Danger, ale oni tylko zwrócili Harry'ego jego prawowitemu opiekunowi – mnie...
Wspomnienie ich spotkania, na tej małej polanie w Szkocji, powróciło do Syriusza z całą mocą. Przypomniał sobie jak maleńka, zbyt chuda twarz Harry'ego rozjaśniła się na dźwięk jego głosu – znał mój głos. Moja twarz się zmieniła, ale znał mój głos.
I od tego momentu, już się nie rozstawaliśmy. Z wyjątkiem tej chwili w której więził nas Malfoy, nigdy nie byliśmy rozdzieleni, aż do teraz...
Wspomnienia tego małego incydentu napłynęły do jego pamięci. W szczególności, wspomnienia tego czystego strachu, który poczuł kiedy Danger powiedziała gdzie są – kiedy zdał sobie sprawę, że jest bezsilny, uwięziony, oddzielony od swoich wilczków i w dodatku na łasce wroga. Jedyną rzeczą która pozwoliła mu to przetrwać, był fakt że reszta Sfory była razem z nim.
A teraz rozdzielono również nas. Teraz jestem sam.
To była ta myśl, której starał się unikać już prawie godzinę...
Godzina. To jest dobre. Myśl o czasie. Sen Danger był około 12:30, a Moody przybył do Jaskini o 12:45. Świstoklik uaktywnił się o 12:52. Kiedy ostatni raz widział Aletę, była 12:58. Trzymała głowę wysoko, w pozie która tak bardzo przypominała Megan...
Nie. Nie myśl o Megan. Nie myśl o żadnym z nich. Nie będziesz w stanie tego zatrzymać...
Aurorzy zamkneli drzwi do jego celi dokładnie o 13:00, a urzędas przyszedł tu o 13:07 i wyszedł o 13:19. Teraz była 13:50. Spojrzał ponownie na zegar. 13:51.
Zachód słońca jest około czwartej. A gdy słońce zachodzi, pojawia się księżyc...
Jeśli bylibyśmy teraz w domu, właśnie przygotowywalibyśmy się do jaskiniowej nocy – nie, zaraz, my już zaczęliśmy się przygotowywać, zaraz po śniadaniu. Zastanawiam się co pomyśleli sobie aurorzy przeszukujący Jaskinię, gdy zobaczyli te wszystkie materace w pokoju z choinką?
No właśnie, choinka. Jutro jest Wigilia Bożego Narodzenia. Zostaniemy skazani w Wigilię. Jest w tym coś sarkastycznego, ale jakoś nie mogę sprecyzować co.
Hej, zaraz, może jednak nie zostaniemy skazani? Ponieważ nie jesteśmy przestępcami? Powinniśmy być teraz w domu, z naszymi wilczkami, przygotowując się na święta, a nie tutaj, w więzieniu, bez zielonego pojęcia gdzie znajdują się wilczki, a nawet czy wciąż żyją, rozdzieleni, samotni...
Był bliski rozpłakania się lub głośnego krzyku. Nie wiedział dokładnie czego.
- Niech ktoś mi pomoże – wyszeptał żarliwie. - Proszę.
Łańcuch, powieszony na jego szyi, zdawał się rozgrzewać.
Aleta chodziła tam i z powrotem po swojej celi, stawiając kroki tak, by wpasowały się w bicie jej serca. Można by to nazwać nerwowym chodzeniem*...
Ja nie łażę. Nerwowi ludzie łażą. Ja nie jestem nerwowa, więc nie można powiedzieć że łażę.
Westchnęła, przyznając się do porażki.
To nieprawda. Łażę i jestem nerwowa.
Jej myśli były troszkę poplątane. To wszystko działo się tak szybko. Mniej niż dwie godziny temu, Sfora była szczęśliwa, bezpieczna, razem. A teraz byli porozrzucani, oddzieleni od wilczków – w dodatku nie wiadomo gdzie trójka z nich się znajduje.
Odsunęła swoje myśli z daleka od tego tematu. Przynajmniej wiem gdzie jest Megan. Jest bezpieczna u Weasleyów. Molly i Artur będą się nią dobrze opiekować.
Możliwe, że na dłużej niż chciałabym o tym myśleć.
Jej myśli odpłynęły od jej dziecka i skierowały się do ojca, jej męża, jej kochanka i lubego. Syriusz. Na Boga, to musi być dla ciebie straszne. Chciałabym ci w jakikolwiek sposób pomóc, ale nie mogę. Ja jestem tu, ty tam, a ja nie mam jak się do ciebie dostać...
Głos Danger zabrzmiał w jej głowie.
Mężna prawda musi dać,
Gwieździe dźwięk, co pomoże mu trwać... **
Aleta zatrzymała się w pół kroku. Może ja nie mogę wydostać się na zewnątrz... ale dźwięk powinien dać radę. Da. Zrobi to. Klasnęła w dłonie, a dźwięk zadowalająco odbił się echem wzdłuż korytarza, za zakratowanymi drzwiami jej celi.
Ale jaki rodzaj dźwięku pomoże Syriuszowi trwać?
Usiadła i zamknęła oczy, myśląc o swoim mężu, przyjacielu, swojej drugiej połówce, jedynym mężczyźnie jakiego kiedykolwiek kochała, jedynym jakiego kiedykolwiek chciała kochać. Te miesiące, kiedy myślałam że zdradził Lily i Jamesa oraz zabił tych wszystkich ludzi, były okropne. Nie wiem jak długo mogłabym wytrzymać takie życie.
Od tych myśli blisko było do momentu ich ponownego spotkania się w jej pokoju muzycznym, a stamtąd do rozmów które prowadzili przez parę następnych dni. Szczególnie jedna rozmowa wysuwała się na wierzch. Aleta cofnęła się powoli we wspomnieniach i pozwoliła umysłowi działać na własną rękę. To jest jak praca z dzieckiem – nieśmiałym dzieckiem – takim jak Draco, kiedy przyszedł do nas. Zastanawiasz się nad wstępem, a później pozwalasz myślom działać dalej.
I, stopniowo, umysł przynosił jej odpowiedź.
*łażenie – niestety, wydaje mi się, że nie mamy odpowiednika słowa „pacing” w języku polskim. Zapewne, po angielsku jest to coś bardziej kojarzonego z nerwusami niż u nas, ale nie byłam w stanie tego oddać po polsku
**w tłumaczeniu magdy2em (bo pierwszy raz cały ten wiersz pojawia się w rozdziale 38) te linijki brzmią w ten sposób:
Serce jastrzębie, Prawdę wskaż
Gwieździe jak pieśń, skąd wsparcie masz
Serce jastrzębie, Prawdę wskaż
Gwieździe jak pieśń, skąd wsparcie masz
Ale wydaje mi się, że to nie oddaje do końca sensu i trudno to jest później wpasować w tekst. Oczywiście ja się tu wymądrzam przy tych dwóch linijkach, a ona przetłumaczyła ich trzydzieści dwie, ale i tak pozostanę przy swojej wersji, bo mi tu lepiej pasuje.
- Moje łapy zaczynały się męczyć – opowiadał Syriusz, trzymając na kolanach drzemiącego Harry'ego. Było parę dni po jego ucieczce z Azkabanu i cała Sfora – tyle że nie byliśmy wtedy Sforą, jeszcze nie – zebrała w jednym pokoju, aby wysłuchać ich historii.
- I cały czas myślałem, że po prostu oszalałem. Stwierdziłem więc, że chciałbym usłyszeć ciebie, grającą na pianinie, Aleto – i usłyszałem. Grałaś coś w tym stylu. - Zanucił serię dźwięków, pięć wysokich, ostatnie trzy jeszcze raz, po czym powtórzył całość.
- No dobra, zrobiło się strasznie – powiedziała Aleta. - Ponieważ grałam to w noc gdy uciekłeś. Gdy wróciłam do domu, po kradzieży w muzeum. I grając myślałam o tobie.
- Możliwe, że jesteśmy w jakiś sposób połączeni – zasugerował Remus. - Magia Danger jest ciągle nieprzewidywalna. Mogła połączyć nas wszystkich, w ten sam sposób jaki połączyła ją ze mną, ale słabiej i tylko chwilowo.
- I to tłumaczy skąd wzięłam tę moc aby ściągnąć was na ląd – dodała Danger. - Skoro miałam do dyspozycji magię całej naszej czwórki. Oglądałam was, wiecie – zwróciła się do Remusa i Syriusza. - W moim śnie. Wiedziałam że śpię , wiedziałam że cały czas jestem w samochodzie, ale mogłam was widzieć i słyszałam co do mnie mówisz, Remusie, że się wam nie uda, więc... - Ruszyła ręką, jakby coś ciągnęła. - zrobiłam coś w tym stylu.
- I jestem bardzo szczęśliwy, że to zrobiłaś – powiedział spokojnie Remus, gdy Neenie przytuliła się do niego.
- Wiesz, uratowałaś mi życie – powiedział delikatnie Syriusz do Alety, gdy Remus i Danger zajęli się sobą. - Muzyką. Słuchając cię, zapomniałem że jestem zmęczony. Do prawdopodobnie jedyny powód dzięki któremu to przeżyłem.
- W takim razie, jestem bardzo szczęśliwa, że mnie słuchałeś – powiedziała Aleta, kładąc głowę na jego ramieniu i pozwalając sobie na poczucie bezpieczeństwa w obecności osoby którą kochała, która, jeśli tylko ona miałaby coś do powiedzenia, nigdy by nie znikła z jej życia...
Moja muzyka. Ją mogę mu dać. Mogę śpiewać. Powiedzieć mu, że nigdy nie jest sam. Że nie ma znaczenia jak wiele drzwi jest pomiędzy nami, ja ciągle jestem z nim.
Po tym stwierdzeniu nawet wiedziała co ma zaśpiewać. Utwór tego samego kompozytora który stworzył jej ulubiony miłosny duet, ale w zupełnie innym stylu. Oryginalnie piosenka była dedykowana męskiemu głosowi, ale lekko przerobiona pasowała w sam raz dla kobiety...
I idealnie pasuje do sytuacji. Piosenkarz został uwięziony za coś czego nie zrobił, a historia ma szczęśliwe zakończenie.
Wstała i zwróciła się do drzwi, zamykając oczy. Łańcuch na jej szyi rozgrzał się, jakby zgadzał się z tym co właśnie zamierzała zrobić. Oddychając głęboko, zaczęła nucić, pozwalając dźwiękowi rosnąć w siłę, aż zgrał się z otaczającymi ją ścianami.
Tak jest dobrze. Akurat na dźwięk początkowy.
Wyobraziła sobie wstęp. Dwa poważnie brzmiące akordy na pianinie..
Słowa były gorzkie, zapraszały porywaczy śpiewaczki do ich mowy, o byciu oddzieloną od świata, o każdym momencie pełnym bólu...
Jej głos był coraz wyższy, po czym opadł w dół, kiedy śpiewaczka uświadomiła sobie, że odpowiedzi na jej pytana były daleko i nie stawały się ani trochę bliższe...
Powrót do tematu przewodniego. Chociaż wszystkie drzwi mogły być zamknięte, a ukochana osoba gdzieś daleko (zdumiała się, ile uczuć mieści się w tej jednej linijce), nigdy nie będzie sama, śpiewała Aleta. Ta zwrotka miała inne zakończenie, pełne nadziei, mówiące o spokoju duszy piosenkarki, o obietnicy domu, własnego miejsca we wszechświecie...
Nie przerywaj. Proszę, nie przerywaj. Syriusz błagał bezgłośnie żonę. Proszę, jeszcze nie kończ. Już prawie jestem...
Jej nucenie pojawiło się tak szybko po jego cichych prośbach o pomoc, że prawie uwierzył, iż po prostu go usłyszała. Na początku zignorował je – jako coś zwyczajnego – ale kiedy zaczęła śpiewać, nie był w stanie przestać słuchać. A ta piosenka coś w nim zmieniała.
Tak jakby poprzestawiała mi coś w umyśle. Nie jestem sam. Może dokładnie tutaj, w tej dokładnie chwili jestem tylko ja, ale nigdy nie jestem naprawdę samotny. Nie, dopóki jestem częścią Sfory. I nie dopóki mam to. Dotknął medalionu wiszącego mu na szyi. W tym jest cząstka każdego z nas. Nie ma znaczenia jak daleko jestem od reszty; zawsze jesteśmy razem w naszych sercach.
Nie osiągnął jeszcze tego spokoju duszy, o którym mówiła piosenka, ale był już blisko...
Aleta zaczęła śpiewać raz jeszcze, czyniąc porywaczy jeszcze gorszymi, próbując wymazać nawet resztki swojej tożsamości podczas odtwarzania ich roli.
Syriusz uśmiechnął się, w reakcji na treść. Nikt, zupełnie nikt, nie ma tyle jadu w głosie co Leta. Nawet Snape nie byłby w stanie tego tak zaśpiewać.
Obraz Severusa Snape'a nagrywającego się na kasetę magnetofonową prawie sprawił, że Syriusz ryknął śmiechem i przegapił następną zwrotką, mówiącą o tym jak mało śpiewaczka znaczy, gdy jest tylko sobą.
Syriusz słuchał uważnie jak głos Alety podnosi się przechodząc do wyższych dźwięków. Zmieniła modulację głosu i zwolniła na coś, co musiało być finałem, podtrzymując to co wyraziła wcześniej – że ona i ten kto kocha tak samo mocno, nigdy tak naprawdę nie będzie sam.
Syriusz potrząsnął głową w zamyśleniu. Jej głos naprawdę dobrze się niesie. Nie mam pojęcia gdzie ona jest, ale słyszę ją jakby stała tuż koło mnie.
I czuję się jakby tak było.
Dziękuję ci naprawdę mocno, kochanie. Dokładnie tego potrzebowałem. Dość rozpaczy. Dość użalania się nad sobą. Dumbledore ma rację – prawda jest po naszej stronie. Wyjdziemy z tego cali i zdrowi. Znajdzie się sposób.
Punkt druga tego popołudnia, aresztu przybyła uzdrowicielka. Jej misja była dwutorowa – miała przebadać więźniarkę, nieprzytomną, powody nieznane i porozmawiać z wilkołakiem.
Wzdrygnęła się, gdy tylko wyszła z kominka, przypominając sobie swój ostatni raz w tym miejscu. Właśnie dlatego zmieniłam specyfikację na badania wstępne. Tak abym nigdy więcej nie musiała przychodzić tutaj, do...
Ale to było wtedy, a teraz jest teraz. Nie znasz tej kobiety. Nie ma możliwości abyś ją znała.
Podążała za aurorem-stażystą, w głąb labiryntu korytarzy, do małego szpitala, gdzie jej pacjentka leżała nieprzytomna.
Zaraz, zaraz. Czy ja jej jednak nie znam?
Twarz, zrelaksowana jak podczas snu, majaczyła gdzieś na skraju świadomości Uzdrowicielki. Nie, nie znam jej. Nie zupełnie. Myślę, że mogła być mi kiedyś przedstawiona w jakiś sposób. Ale to było dawno temu.
Odkładając tę kłopotliwą zagadkę na później, rozpoczęła swoje zwyczajne badania, które nic nie wyjaśniły, tylko spowodowały nowe pytania.
Wygląda na zupełnie zdrową – przynajmniej jej ciało – ale na nic nie reaguje. Najbliżej temu do... Gwałtownie przełknęła ślinę. Na oddziałach długoterminowej opieki była tylko parę razy w swoim życiu, a na takim dla kompletnie ubezwłasnowolnionych pacjentów tylko raz, jeszcze jako praktykantka. Jeden z ludzi których tam widziała był ofiarą pocałunku dementora.
Stanowczo potrząsnęła głową. Nie. Ona nie mogła być pocałowana. Co dementor robiłby tak daleko od Azkabanu?
Mimo wszystko, wygląda to bardzo podobnie. Jak gdyby jej dusza w jakiś sposób zniknęła z ciała – jak gdyby zostały jakoś rozłączone...
- Nic nie mogę dla niej zrobić – powiedziała do czarodzieja, który zazwyczaj pracował w szpitaliku. - Jedyne co można zrobić, to czekać i mieć nadzieję że obudzi się cała i zdrowa.
- Obawiałem się że powiesz coś takiego – odpowiedział z przygnębieniem. - Chcesz teraz zobaczyć tego drugiego?
- Tak.
Zaprowadził ją do drzwi na tyłach szpitalu.
- Izolatki – wyjaśnił. - Prowadzi z nich tylko jedna droga, więc raczej się nie zgubisz. Trzecie drzwi po prawej. To są cele obserwacyjne, więc jest tam takie miejsce z przodu, z krzesłem, gdzie możesz usiąść jeśli będziesz musiała zostać na dłużej.
- Dziękuję. - Nie zamierzała zostawać na dłużej. Wilkołak był prawdopodobnie rozzłoszczony, przestraszony i niezbyt chętny do współpracy. Miała zamiar spróbować uzyskać odpowiedzi na kilka podstawowych pytań oraz spytać o zgodę na oglądanie jego transformacji, której - tego była pewna - nie dostanie. Nigdy nie dostawała. Wilkołaki były przewrażliwione jeśli chodzi o pokazywanie człowiekowi momentu ich największej słabości.
Z takimi i podobnymi myślami przeszła krótką odległość dzielącą ją od zajętej celi. Więzień siedział na dolnej pryczy, z głową schowaną między kolana przyciągnięte do klatki piersiowej i trzęsącymi się ramionami. Odchrząknęła łagodnie, aby zakomunikować mu swoją obecność.
- Przepraszam – powiedziała, kiedy ten nie zareagował w żaden sposób na jej obecność. - Jestem Uzdrowicielką Tonks. Chciałabym zapytać...
Mężczyzna gwałtownie podniósł głowę.
- Andy? - zapytał chrapliwie, patrząc się na nią.
Andromeda z wrażenia upuściła pióro.
- Remus? - spytała z niedowierzaniem. - Remus Lupin?
Najlepszy przyjaciel jej kuzyna posłał jej słaby uśmiech.
- Żaden inny. - Wyjął chusteczkę i wytarł nią policzki, na których widać było ślady łez. - Mogę zaoferować ci miejsce siedzące? - wskazał na krzesło stojące w przedniej części celi, oddzielonej od reszty drugą kratą.
- Oczywiście.
Moje plany właśnie uległy zmianie. Radykalnej.
- Co ty tu robisz? - zapytała, już w tym momencie wiedząc że nie było to najbystrzejsze.
- Zadawałem sobie to samo pytanie przez ponad godzinę. Uważam, że ktoś myśli iż popełniłem jakieś przestępstwo. - Wzruszył ramionami.
Jego poczucie humoru było nawet suchsze niż zapamiętała. I zdecydowanie kwaśniejsze.
- Tak więc, jesteś wilkołakiem.
- Od kiedy byłem mały.
- Przed Hogwartem?
Pokiwał głową.
- Dumbledore postarał się abym mógł normalnie chodzić do szkoły.
Oczywiście. On zawsze wierzy, że każdy ma tę lepszą część osobowości, której tylko trzeba pozwolić się wydostać.
- Syriusz wiedział?
- Wiedział. Nadal wie.
- Wiesz gdzie on jest?
Remus uśmiechnął się, bez cienia prawdziwego humoru.
- Wybierz się na spacer po tym miejscu. Znajdziesz go tu gdzieś.
- Aresztowali go?
- Aresztowali nas wszystkich.
- Wszystkich – powtórzyła Andromeda.
- Syriusza, Aletę, Danger i mnie.
Andy wahała się między dwoma pytaniami. W końcu zdecydowała się na to prostsze.
- Danger?
- Moja żona – powiedział krótko Remus. - Prawdopodobnie już ją widziałaś, albo za chwilę zobaczysz. Brązowe, gęste włosy, nieprzytomna, nie wiadomo kiedy, a nawet czy w ogóle, się obudzi.
- Tak mi przykro – odpowiedziała szczerze Andromeda. - Widziałam ją. Nawet przebadałam.
- Cokolwiek wiadomo? - zapytał, z pozoru normalnie, ale Andy zauważyła w nim desperację, potrzebę jakiejkolwiek wiedzy, czegokolwiek, co stało się z jego żoną.
- Nie. Przykro mi. - Nie miała w żadnym razie zamiaru powiedzieć mu tego jedynego skojarzenia jakie przyszło jej na myśl. Już był przeładowany emocjami – jeśli się dowie, że dusza jego żony prawdopodobnie gdzieś zniknęła, może stać się histeryczny, a ona naprawdę nie była w nastroju na oglądanie rozhisteryzowanego wilkołaka.
- W porządku – odpowiedział cicho Remus, na chwilę przyciskając dłonie do klatki piersiowej.
- A co ma z tym wszystkim wspólnego Aleta? - zapytała Andy, próbując wrócić rozmowę na bezpieczniejsze tory.
- Znasz jej córkę? - Remus posłał jej mały uśmiech.
- Tak. Na imię ma Megan, nie?
- Owszem. - Jego uśmiech urósł. - Jest twoją kuzynką.
- W jaki sposób? - Ale w momencie gdy zadawała to pytanie, odpowiedź sama przybyła, nie wiadomo skąd, i uderzyła ją prosto w twarz. - Syriusz. - Wzięła głęboki oddech. - Ona jest córką Syriusza. Nie, nie może być.
- Jest.
- Powinnam była się domyślić – wymruczała Andy. – Powinnam była się domyślić, ale nie chciałam składać tych wszystkich wskazówek razem.
- Wskazówek? - zapytał Remus, marszcząc brwi.
- Wiedziałam, że Aleta ma Draco – wytłumaczyła, układając sobie to wszystko w miarę mówienia. - Wiedziałam również, że chłopiec imieniem Harry, w wieku Draco, nazywał go swoim kuzynem. A oczywiście wszyscy wiedzieli, że Syriusz Black ma Harry'ego Pottera.
- Tak, to prawda – powiedział Remus z konsternacją. - Ale naprawdę chciałbym wiedzieć, kto powiedział ci te dwie pierwsze rzeczy.
Andy uśmiechnęła się, z ledwie cieniem samozadowolenia widocznym na jej twarzy.
- Moja Dora – powiedziała. - Rozpoznała Draco pod zaklęciami maskującymi i napisała mi o tym. Dwa razy.
- Cudownie. Odkryci przez... jedenastolatkę, tak?
- Za pierwszym razem, tak.
Rozmawiali trochę dłużej o dziwnej, eklektycznej rodzinie, którą Remus nazywał Sforą, pobieżnie tylko przechodząc przez temat Syriusza – Andy zapamiętała sobie aby dokładniej zapytać o niego później – i w końcu rozmowa zeszła na temat liknatropii i tego jak Remus sobie z nią radzi.
- Wysyłaliście gdzieś dzieci na czas pełni? - zapytała.
- Nie, spaliśmy w tym samym pokoju. Dzieciaki zwykły spać na mnie, co stało się dość problematyczne gdy trochę podrosły – teraz po prostu używają mnie jako poduszki.
Andy roześmiała się. Po czym spojrzała jeszcze raz na jego twarz.
Nie żartował.
- Ale... to jest...?
- Nieprawdopodobne? - podsunął Remus. - Nierozważne?
Delikatnie mówiąc.
- No trochę.
- Słyszałaś kiedyś o Eliksirze Tojadowym?
Oczywiście, że słyszałam. Pomagałam to rozprowadzać.
- Tak.
- Danger posiada magię, dar, który działa podobnie jak ten eliksir. Pod jest wpływem, nie tracę świadomości. - Uśmiechnął się delikatnie. - Nie przechodziłem przemiany bez niej, od kiedy się spotkaliśmy, prawie dziewięć lat temu.
Och. O, Boże.
- A musi być przytomna, aby jej magia działała?
- Nie wiem – przyznał Remus. - Ale od kiedy nie mogę być z nią, to nie ma znaczenia. - Odwrócił głowę w inną stronę. - Najgorsza część tego wszystkiego, to bycie samemu – powiedział, prawie że zbyt cicho aby mogła go usłyszeć. - Kiedy żyjesz w domu z trójką innych dorosłych (a jeden z nich to Syriusz Black) oraz czwórką dzieci, nigdy nie jesteś sam na dłużej. A Danger i ja mamy... specjalne połączenie. Zawsze możemy wyczuć obecność drugiej osoby. Ale teraz nie czuję jej. To mnie przeraża.
- Czy jest cokolwiek, co mogłabym zrobić? - zapytała Andromeda impulsywnie.
- Gdyby... - Remus wyglądał jakby bardzo trudno było mu to nawet powiedzieć. - Gdybyś mogła zrobić coś, abyśmy byli razem. Ten ostatni raz. Gdyby była jakaś możliwość sprowadzić resztę tutaj albo chociaż gdzieś blisko – bo mogłoby nie być dla nich zbyt bezpiecznie przebywać ze mną podczas transformacji – sama ich obecność naprawdę mi pomoże. - Odwrócił się z powrotem do niej. - To może być nasza ostatnia noc przed Azkabanem. Byłoby miło spędzić ją razem.
- Jeśli cokolwiek mogę tu zdziałać, zrobię to – obiecała Andy. Przygryzła wargę. Nie będzie dla niej zbyt fajnie prosić o coś takiego, ale to była część pracy którą przybyła tu wykonać...
- Remus?
- Tak?
- Jest jakakolwiek możliwość, abyś rozważył... czy będę mogła zobaczyć?
- Zobaczyć moją transformację? - Wyglądał na nieco zdziwionego takim pomysłem. - To nie jest miłe. I ostrzegam, wilk prawdopodobnie będzie dziś bardziej zły niż zwykle. Przez długi czas był trzymany w klatce. Masz świadomość, że wilkołaki zaczynają kaleczyć same siebie jeśli nie mają ofiary z człowieka?
- Tak.
- Myślę, że wilk będzie chciał się na mnie zemścić za poznanie Danger, za hamowanie jego dzikich zapędów przez te ostatnie osiem lat. - Spojrzał jej prosto w oczy. - Być może, będzie chciał mnie zabić.
Zajęło jej chwilę przeanalizowanie jego wypowiedzi i zrozumienie co miał na myśli.
- Nie chcesz powiedzieć, że...
- To jedna z możliwości. Pomyślałem, że powinnaś być ostrzeżona.
Andy raz jeszcze przeanalizowała jego słowa, ton, język ciała, tak jak to Uzdrowiciele są uczeni robić na studiach, a matki przez swój instynkt macierzyński i doszła do przerażającej konkluzji.
- Ty chcesz umrzeć – powiedziała, starając się utrzymać ton w cuglach, jakby udzielała mu krótkiej reprymendy. - Myślisz, że twoja żona jest martwa, więc chcesz umrzeć.
Remus nie odpowiedział.
- A co z resztą Sfory? - zapytała. - Co z Syriuszem i Letą? Co z waszymi wilczkami? - użyła jego słowa na określenie dzieci i z zadowoleniem zauważyła że się cofnął. Coś do niego dociera. - Nawet jeśli twoja żona nie żyje – w co osobiście nie wierzę, a jestem wykwalifikowanym Uzdrowicielem – masz innych ludzi dla których musisz żyć. Nie waż się rezygnować, Remusie Lupin. Nie waż się.
Wstała.
- Gdzie idziesz? - zapytał Remus, zaskoczony jej nagłym ruchem.
- Idę porozmawiać z Aletą – odpowiedziała. - I może z Syriuszem. A później pójdę porozmawiać z kimś odpowiedzialnym za to miejsce i zorientować się, czy jakikolwiek przepis zabrania trzymania dwóch lub więcej więźniów w jednej celi. To jeszcze nie koniec, Remus. Nie poddawaj się. Proszę.
- Dobrze – odpowiedział Remus, z westchnięciem. - Nie zrobię tego.
- Obiecaj.
- Obiecuję. - Uśmiechnął się lekko. - Szefowa Andy. - To było przezwisko wymyślone dla niej przez Syriusza.
- Zawsze. - Andromeda uśmiechnęła się w odpowiedzi. - Jeszcze jedna sprawa. O której jest wschód księżyca? Dokładnie?
- O piętnastej pięćdziesiąt osiem – niezwłocznie odpowiedział Remus.
Andy popatrzyła na swój zegarek. Była czternasta dwadzieścia sześć.
- Wspaniale. Wrócę w przeciągu godziny, aby zdać ci sprawę jak mi idzie.
Stała jeszcze na tyle długo, by usłyszeć Remusowe „Dobrze”, zanim rzuciła się biegiem przez korytarz, wywołując głośne echo.
Mam pół godziny aby uratować życie mężczyzny.
Każda minuta się liczy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz