O tłumaczeniu


Opowiadanie tutaj sobie wiszące jest tłumaczeniem angielskiego fanfika pt. "Living with Danger", napisanego przez whydoyouneedtoknow
Oryginał można znaleźć, pod tym adresem: Living with Danger
Tłumaczenie, które tu przedstawiam, zaczyna się rozdziałem 39, ponieważ wcześniejsze części można znaleźć w Sieci po polsku.
Tłumaczenie to nie jest arcydziełem, mam tego świadomość, jednak gdy dotarłam do końca dotychczasowego polskiego tłumaczenia i stwierdziłam że to opowiadanie jest genialne, zaczęłam sama sobie je tłumaczyć. Skoro więc już coś przetłumaczyłam, to wrzucam to do publicznego wglądu, gdyż są osoby które angielskiego nie znają, więc zadowolą się nawet moją, marną, wersją. Jak to mówią - lepszy rydz, niż nic.
Tak więc to tłumaczenie tak tu sobie wisi, a wy czytacie je na własną odpowiedzialność.

środa, 13 lipca 2011

Rozdział 39: Otwarte drzwi

Uwaga, jeśli nie czytałeś poprzednich rozdziałów, NIE CZYTAJ DALEJ! Bo popsujesz sobie całą przyjemność , ale zdaje si ę, że widziałam wcześniejsze rozdziały, we wspaniałym tłumaczeniu magda2em, w okolicach tego chomika: http://chomikuj.pl/anet21j/Harry+Potter/fanfiction+HP/R*c3*b3*c5*bcne+-+cz*c4*99sto+dodaje+nowe/Razem+z+Danger+*5b38+z+50*5d,323571311.doc
EDIT: Wprowadziłam lekkie poprawki.
--------

Rozdział 39: Otwarte drzwi
Aleta była zła na siebie.
To niby ja jestem tą jedyną zrównoważoną osobą. To ja niby jestem tą, do której wszyscy się zwracają gdy czegoś potrzebują. A to ja zachowałam się jak totalna kretynka.
Danger praktycznie powiedziała mi, że wilczki muszą odejść. Lub przynajmniej, że Megan musi. Poprosiła mnie abym napisała list do Weasley'ów, do cholery! Jak mogłam się nie zorientować?
Ale z tego, czy innego powodu, to zupełnie przeleciało przez moją głowę i kiedy powiedziała mi wprost, że musimy się pożegnać, zrobiłam wielkie zamieszanie, płakałam i ogólnie zachowywałam się jak idiotka...
Starannie ignorowała fakt, że większość matek, postawionych w obliczu faktu, że ich dzieci je opuszczają, możliwe że na zawsze, zachowywało by się kompletnie histerycznie. Ona nie mogła sobie pozwolić, na histeryczne zachowania. Złość była lepsza.
A poza tym, powstrzymywała ją od myślenia o tym, że jej wilczki odeszły, a reszta właśnie czekała, czekała na...
Słaby dźwięk aportacji przyciągnął jej uwagę. Jej i Syriusza. Ten odwrócił się od niej i Remusa, stając twarzą w twarz z nowo-przybyłym.
- Black – odezwał się warkliwy głos Alastora Moody'ego – Kopę lat.
- Moody – odpowiedział Syriusz neutralnym tonem głosu. - Więc stało się.
Moody patrzył na nich swoim „szalonym” okiem i mruknął:
- Powinienem się tego spodziewać, jak sądzę. Zawsze trudno było znaleźć was, chłopcy, zbyt daleko od siebie. I ty, Freeman. Jak długo zadajesz się z tym latającym cyrkiem?
- Osiem i pół roku – odpowiedziała Aleta po szybkich przeliczeniach. - Dziewięć w kwietniu.
Kolejne chrząknięcie.
- A ona, kim jest?
- Na imię na Danger – powiedział Syriusz. - Jest żoną Remusa.
- Martwa?
- Nie. Ale nie wiemy co się jej stało.
Moody pokiwał głową.
- Świetnie. To tyle jeśli chodzi o dorosłych. Gdzie są dzieci?
- Uciekły – powiedział niespodziewanie Remus, ciągle patrząc na Danger. - One uciekły. Wszystkie. Nie znajdziecie ich. Odesłaliśmy je daleko.
- Niezła próba, Lupin, ale to nie zadziała. To miejsce jest otoczone już od pięciu minut. Nikt go nie opuszczał w tym czasie. Jeden z naszych ludzi znalazł ślady od frontu, ale one zostały przykryte przez śnieg w czasie kiedy ja dostawałem się tutaj. Jeden trop, powiedział, idący prosto od drzwi, w stronę drogi. Małe ślady. W dziecięcym rozmiarze.
- Moja córka – powiedział Syriusz. - Wysłaliśmy ją do domu przyjaciół, by tam została. To jej nie dotyczy, proszę, po prostu zostawcie ją w spokoju.
- Świetnie. Ale nasze źródła mówią, że mieszka z wami czwórka dzieci, nie tylko jedno. Więc gdzie jest pozostała trójka?
- Te drzwi były otwarte kiedy tu przybyłeś? - zapytał Syriusz wskazując na drzwi do piwnicy.
- Tak. I co z tego?
- Tak tylko sobie myślę. Na pewno nikt stąd nie wychodził?
- Nie. Zobaczylibyśmy je. Śnieg pada mocno, ale nie aż tak.
Aleta zamknęła oczy kiedy ogarnęła ją fala strachu. O, Boże, Danger, co ty z nimi zrobiłaś?
- Nie wiemy gdzie jest reszta dzieci. Danger zabrała ich na dół i znaleźliśmy ją w takim stanie, minutę lub dwie później – zmęczonym głosem odpowiedział Syriusz.
- Wystarczająco długo, aby je zabić i schować ciała – powiedział Moody, przeszukując piwnicę swoim magicznym okiem. - Lub ukryć pod Zaklęciem Niewidzialności.
Remus obrócił się, ciągle trzymając przed sobą Danger.
- Nie mów tak – warknął, głosem pełnym żalu i gniewu. - Danger kochała małe, tak jakby były jej własne, nie mogłaby, ona nie byłaby w stanie tego zrobić.
- Byłbyś zdziwiony tym, co ludzie mogą zrobić – powiedział spokojnie Moody, zwracając wzrok w stronę Syriusza. - Ja byłem. I ciągle jestem, w gruncie rzeczy. Nie sądzę, abyś chciał znaleźć chwilę, by mi to wyjaśnić?
- A uwierzysz mi, jeśli to zrobię?
- Zależy od tego co powiesz.
Syriusz opowiedział, nie wspominając jednak o animagicznych zdolnościach Petera Pettigrew, jak zauważyła Aleta. Z jego wersji wynikało, że zdrajca deportował się z miejsca zbrodni. Co mogłoby być prawdą, jak sądzę. Ale do teleportacji trzeba mieć idealną kontrolę, to naprawdę trudne kiedy jest się zmęczonym lub wystraszonym...
Stary auror słuchał go ze sceptycyzmem wypisanym na pokrytej bliznami twarzy.
- Twoja kolej – powiedział Syriusz, gdy skończył opowiadać. - Jesteś na emeryturze. Co tu robisz, no i dlaczego z nami rozmawiasz, zamiast nas związać i wyprowadzić stąd?
- Zacznijmy od drugiego pytania – Dumbledore poprosił mnie abym to zrobił. Zafiukał do Ministerstwa i złapał mnie w momencie gdy już wychodziłem. Powiedział, że mogę sobie zaoszczędzić czasu i kłopotów, jeśli wejdę tu pierwszy, sam. Jak zwykle, miał rację. Kiedyś dowiem się jak on to robi. Co do pierwszego pytania, twoja sprawa została mi przydzielona, jeszcze zanim odszedłem na emeryturę, Black, więc wezwano mnie, kiedy aurorzy wpadli na pierwszy sensowny trop od siedmiu lat. A teraz, jesteśmy tu.
- Tak. Jesteśmy tutaj.
- Oddaj mi więc swoją różdżkę, spokojnie i powoli, prawą ręką.
Syriusz posłał mu słaby uśmiech.
- Powinienem wiedzieć, że będziesz pamiętać i to – powiedział, powoli wyciągając swoją różdżkę, uchwytem w stronę aurora.
- Pamiętanie takich szczegółów trzyma mnie przy życiu – warknął Moody, wkładając różdżkę do kieszeni. - Ty też, Freeman. Użyj swojej niemagicznej ręki i podaj mi różdżkę, powoli.
Aleta rozbroiła się, po czym wstała i dołączyła do Syriusza za aurorem, który zrobił krok naprzód i wyciągnął rękę do Remusa.
- Twoja kolej Lupin – powiedział, prawie że miło. - Jej również. - Wskazał na Danger.
Remus niezgrabnie wyciągnął swoją różdżkę i podał mu ją. Następnie wsunął swoją rękę do kieszeni Danger i zmarszczył brwi.
- Ona jej nie ma.
- Pewnie dlatego, że jej używała – powiedział ponuro Moody.
Aleta wydała stłumione westchnięcie.
- Jest mnóstwo rzeczy, które można zrobić z różdżką – powiedział Syriusz, w połowie do niej, w połowie do Moody'ego.
Niebieskie oko Moody'ego zawirowało w oczodole.
- Siedzisz na niej, Lupin – powiedział, z nutką humoru w głosie. - Odsuń się.
Remus przesunął się w inne miejsce i Moody przywołał różdżkę Danger swoją własną.
- Zakładam, że to oznacza iż pójdziesz ze mną spokojnie, bez żadnych numerów? – powiedział, zwracając się twarzą do Syriusza.
Syriusz wzruszył ramionami.
- Nie zdziałalibyśmy wiele uciekając – powiedział. - Danger jest nieprzytomna, a dziś w nocy pełnia.
Moody spojrzał na niego badawczo.
- No co ty, Black – powiedział powoli. - Chcesz mi wmówić, że nie przyszło ci na myśl uciekać samemu?
- Aresztowalibyście resztę gdyby mnie tu nie było?
- Prawdopodobnie.
- No więc nie ma sensu abym uciekał. Nie tak?
- Gdyby nie interwencja Dumbledora, sens by się znalazł – odpowiedział ponuro stary auror. - Pierwszy plan zakładał wysłanie tu dementorów. Z rozkazem pocałowania cię, gdy tylko cię znajdą.
Aleta nagle zorientowała się, że stoi przed Syriuszem, chociaż nie pamiętała żadnego ruchu. To było głupie i bezsensowne, zważywszy że on był kila cali wyższy, ale wspomnienia tamtego lipcowego dnia w Londynie przepływały przez nią tak, że nie mogła przestać się trząść. A teraz nie mam swojej różdżki, nikt z nas nie ma, jesteśmy bezradni, nie możemy nic zrobić...
Jeśli nie masz do powiedzenia nic pomocnego, to zamknij się, powiedziała stanowczo do swojego strachu.
- Nie powinienem się czuć zaszczycony, że zostałem uznany za tak niebezpiecznego? - zapytał lekceważąco Syriusz, otaczając Aletę ramieniem i trzymając ją delikatnie naprzeciw siebie.
- Widzę, że to co nazywasz swoim poczuciem humoru, jest nadal nienaruszone – powiedział sucho Moody.
- Kiedy moi przyjaciele są smutni, oczywiście.
Moody wyglądał jakby miał się uśmiechnąć, ale zamiast tego, skrzywił się.
- Wystarczy tych pogawędek – powiedział zdecydowanie. - Wszyscy na górę. Lupin, ja wezmę dziewczynę.
- Nie – powiedział szorstko Remus. - Ona jest moja. Ja ją wezmę.
- Nie bądź głupi, zrobisz sobie krzywdę. Wyczaruję dla niej nosze.
- Nie – ostatecznie stwierdził Remus, podnosząc Danger w swoich ramionach. W tej części swojego umysłu, która nie krzyczała ze strachu, Aleta podziwiała go za to, że ciągle potrafił być autorytatywny, mimo iż był prawie chory ze strachu o swoją żonę i to w dodatku do kogoś, kto celował w niego różdżką.
A auror, ku jej większemu zdziwieniu (i jego, być może, również), okazał się respektować jego autorytet, cofając się i przepuszczając Remusa niosącego Danger w górę schodów, do kuchni. Aleta podążyła za nimi, Syriusz za nią, a Moody zamykał tę procesję, z różdżką cały czas wymierzoną w plecy Syriusza.
To jest jak koszmar. Zupełnie logiczny, poza faktem, że to czyste szaleństwo. Nie zasługujemy na to, nikt z nas, nie zrobiliśmy nic złego!
Strach znowu próbował nad nią zapanować. Szybko, Aleta przywołała gniew, aby go odpędzić. Musiało zadziałać – młody auror który jako pierwszy wszedł do ich domu, kiedy Moody wystrzelił zielone iskry przez okno kuchenne, wyglądał na całkowicie przerażonego gdy tylko zobaczył jej twarz.
Tak jest. Dobrze. Bądź przestraszony. Bądź bardzo przestraszony.
Jestem samicą beta. Zagroź moim wilczkom, a zginiesz.
Popatrzyła w dół na swoje ręce. Oh, moja mała Perełko, biegnij prędko i nie oglądaj się za siebie...
Złość nie działała tak dobrze przeciwko łzom.

Molly Weasley podniosła głowę, gdy usłyszała pukanie do kuchennych drzwi Nory. Szybko wstała i poleciała do kuchni.
- Megan, dobry Boże – powiedziała, otwierając drzwi. - Właź do środka, z dala od tego śniegu. Dlaczego nie użyłaś sieci Fiuu? - Wzięła jej torbę i spojrzała za nią. - Gdzie jest Harry, gdzie Drake i Neenie? To nie podobne do ciebie, przychodzić tu samej.
- Mama kazała nie Fiukać – powiedziała Megan, jej głos zdradzał dziwne napięcie. - Kazała przekazać pani to. - Dziewczynka wyciągnęła małą kopertę. Molly wzięła ją i otwarła, niewyraźnie świadoma dzieci, przybywających z różnych miejsc w domu, ciągniętych przez jakąś wrodzoną zdolność do wykrywania kłopotów, którą jej potomkowie najwyraźniej posiadali...
Droga Molly,
zostaliśmy niespodziewanie wezwani i nie mogliśmy wziąć ze sobą Megan. Obawiam się, że nie mogę tego wytłumaczyć, to kwestia pewnych niuansów, ale jednocześnie dość pilna. W momencie kiedy to dostaniesz, my już prawie na pewno będziemy daleko. Naprawdę przepraszam, że tak po prostu narzucamy ją tobie, ale naprawdę nie mieliśmy gdzie jej wysłać. Na łańcuszku, na szyi, ma ona zawieszony klucz do skrytki Blacków, numer 711. To jakby trzeba było pokryć koszty jej utrzymania, jeśli nie będzie nas dłużej niż sądziliśmy. Jeszcze raz, serdecznie przepraszamy. Wrócimy po nią tak szybko, jak to tylko będzie możliwe.
Dziękuję,
Carrie Black
Molly wpatrywała się w list. Dziwne. Bardzo dziwne. Gdzie, na Merlina, mogli oni pojechać, że wzięli ze sobą wszystkie inne dzieci, tylko nie Megan?
- Gdzie są wszyscy inni? - spytał Ron, wyciągając ją z jej przemyśleń.
- Wszyscy odeszli – powiedziała Megan, jednym z tych dziwnych tonów, które brzmiały zbyt dojrzale jak na jej wiek. - Teraz jestem zupełnie sama. - Jej oczy zaczęły napełniać się łzami. - Nigdy wcześniej nie byłam zupełnie sama.
- Nie jesteś zupełnie sama – powiedziała Luna rzeczowym tonem, przyciągając uwagę Megan. - My jesteśmy tutaj.
Ginny podniosła torbę Megan z krzesła, gdzie Molly wcześniej ją powiesiła.
- Ona zostaje na noc, mamo? - zapytała.
- Tak, zostaje – odpowiedziała Molly.
- Chodźmy więc do mojego pokoju – stwierdziła Ginny, wyciągając rękę do młodszej dziewczynki. - Będziesz spała w moim pokoju. Porozmawiamy na górze.
Megan pokiwała głową, przyjęła oferowaną jej dłoń i obie poszły do góry za Luną. Ron ociągał się jeszcze przez chwilę, po czym podążył za nimi.
Molly otwarła list i przeczytała go raz jeszcze. Klucz do skrzynki. Ale przecież oni znają nasze odczucia co do pieniędzy. Przysłaliby je nam, tylko jeśli zakładaliby że nie będzie ich przez naprawdę długi czas.
Pokręciła głową, zastanawiając się nad tajemnicą Blacków.
Cóż, to teraz nie ma znaczenia. Mam co robić. Dodatkowe łóżko do wstawienia, dodatkowe miejsce przy stole, no i są dwa dni do Gwiazdki. Jeśli ona zostanie na Święta, trzeba będzie pomyśleć o jakichś prezentach...
Jak zawsze, wizja pracy do zrobienia sprawiła, że Molly poczuła się lepiej.

Megan usiadła z twarzą w dłoniach zaraz po tym, jak razem z Ginny i Luną zdecydowały gdzie położyć jej rzeczy i usilnie próbowała się nie rozpłakać.
Mama Leta. Tapa. Lunatyk. Danger. Neenie. Draco. Harry. Ich twarze przepływały przed jej oczami, ich głosy brzmiały w jej uszach. Chciał być z nimi. Chciała ich z powrotem, naprawdę mocno.
Dosłownie nigdy nie była sama. Każdy moment jej życia, który tylko mogła sobie przypomnieć, spędziła razem ze Sforą. Jedyny raz kiedy wiedziała że jest sama, był wtedy kiedy Sfora została porwana przez Luciusza Malfoy'a, ale nawet wtedy opiekował się nią Zgredek. I to nie trwało długo. Tylko parę godzin.
No i byłam zbyt mała, aby zdawać sobie z tego sprawę.
Dlaczego nie mogłam pójść z resztą? Ponieważ jestem za mała?
Furia napełniła ją na samą myśl o tym. Od kiedy była dość duża by rozumieć różnicę między sobą, a resztą wilczków, była zła z tego powodu. Dlaczego Tapa i mama Leta nie byli uprzejmi pobrać się w tym samym czasie kiedy rodzice Harry'ego i urodzić ją wtedy kiedy on się urodził?
Wtedy wszyscy bylibyśmy w tym samym wieku. Wtedy mogłabym z nimi iść do Hogwartu. Teraz, muszę zostać w domu jeszcze przez trzy lata – trzy lata – po tym jak oni tam pójdą. To prawie połowa mojego życia!
Megan była podobna do swojej matki, w wielu aspektach. Jednym z nich, był sposób walki ze strachem.
Jednakże, była ona dużo młodsza, więc miała mniej praktyki w trzymaniu strachu na odległość.
Oczywiście, jeśli reszta kiedykolwiek pójdzie do Hogwartu, wyszeptał jej do ucha strach. Jeśli kiedykolwiek jeszcze się zobaczymy.
Harry, zapłakała cicho. Neenie. Draco. Chcę być z wami, z wami. Chcę być z wami tutaj, teraz...
Jej myśli przemieniły się w mentalny szloch, więc walczyła ze wszystkich sił, aby pozostał on czysto mentalny, aby nie rozpłakać się naprzeciw Ginny, i Luny, i Rona...

Wilczki biegły w ciszy.
Jak zwykle, to Neenie była pierwszą która tę ciszę przełamała.
Co mamy zamiar teraz zrobić? zapytała, drżąc się w biegu i utykając lekko. Zimno mi i zaczynam być zmęczona.
Musimy znaleźć jakieś ciepłe miejsce zanim zamarzniemy, powiedział Draco. Harry? Gdzie idziemy?
Dlaczego pytacie się mnie?
Neenie westchnęła. Ponieważ teraz ty jesteś alfą, powiedziała tak jakby to było oczywiste.
Co? Harry zatrzymał się poślizgiem i popatrzył na swoją siostrę, ledwie widoczną w padającym śniegu. Ja nie jestem alfą. Lunatyk jest.
Ale go tutaj nie ma, powiedział Draco, brzmiąc jakby bardzo bolało go wypowiedzenie tego na głos. I możemy go już nigdy nie zobaczyć. Możemy już nigdy nie zobaczyć nikogo ze Sfory.
My jesteśmy teraz Sforą, powiedziała Neenie, lekko drżącym głosem. A ty jesteś alfą, Harry.
Dlaczego ja? Dlaczego nie Draco? On jest starszy.
Oh, o pięć dni, wielka różnica! Zrozum Harry, ja nie byłbym dobrym alfą. Mogę być dobrym betą, tak jak Łapa. Nie alfą. Teraz, ty jesteś alfą. Musisz być.
Dlaczego? Harry ponownie wyraził swoje wątpliwości.
Neenie popatrzyła na niego błagalnie. Ponieważ my nie wiemy co mamy robić, powiedziała, bardzo spokojnie. Jesteśmy przerażeni.
Tak, cóż, ja też jestem, odpowiedział Harry szorstko.
Ale ty możesz znaleźć sposób aby to obejść. Zawsze to robisz. Możesz wymyślić co robić. My nie damy rady. Potrzebujemy kogoś kto by nam to powiedział.
Proszę, Harry, Draco powiedział cicho. Naprawdę cię potrzebujemy.
Harry westchnął.  Świetnie. W porządku. Ja jestem alfą. I moją pierwszą decyzją jest, że musimy znaleźć jakieś ciepłe miejsce. Wszyscy tu pozamarzamy, jeśli tego nie zrobimy.
Myślałem, że to ja to powiedziałem, mruknął Draco.
Zrobiliście mnie alfą. To znaczy, że wszystkie dobre pomysły są również moje.
Już za późno na zmianę decyzji?
Tak.
Kurcze.
Neenie, jak brzmiał ten wiersz, który wypowiedziała Danger? On może nam powiedzieć gdzie mamy iść lub co mamy zrobić.
Neenie przechyliła głowę do tyłu, myśląc. Miłość, która nas związuje, pojąć innych obiecuje.
Szukaj tej, co głośno krzyczy
..."*
Czekaj! Nagle powiedział Draco.
Co?
Myślę, że coś słyszałem. Słuchajcie.
Wilczki zamilkły.
Słyszę tylko wiatr, w końcu stwierdził Harry.
To był zupełnie inny dźwięk. To było tak, jakby któreś z was coś powiedziało, ale nie brzmiało to jak słowo.
To jak to brzmiało?
Jak... czyjś płacz.
Ale nikt z nas nie płacze, powiedziała Neenie z zakłopotaniem.
Więc musimy zorientować się kto to, powiedział Draco. Szukaj tej, co głośno krzyczy.”*
A ja wiem kto to jest, powiedział Harry, ze śladem śmiechu w głosie, kiedy nasunęła mu się odpowiedź.
Kto? jednocześnie spytała reszta.
Megan, Harry zanucił w taki sposób, jakiego używał kiedy Megan była małym dzieckiem, próbującym złapać jego włosy. Mała Perełko, słyszysz mnie?

Megan, powiedział znajomy jej głos. Mała Perełko, słyszysz mnie?
Jej głowa podniosła się do góry.
- Harry? - wyszeptała.
- Co? - zapytała Ginny, odwracając się do niej.
- Nic – Megan przygryzła wargę, jeszcze mocniej walcząc ze łzami. Tylko to sobie wyobraziłam, to była tylko maja wyobraźnia, to nie było prawdziwe, to nie mogło być prawdziwe...

Tylko to sobie wyobraziłam. Głos Megan zabrzmiał w ich myślach. To była tylko moja wyobraźnia, to nie było prawdziwe, to nie mogło być prawdziwe...
Nie, to jest prawdziwe, szybko odpowiedziała Neenie. To coś podobnego jak u Lunatyka i Danger. Ona nam to dała. Megan, gdzie jesteś?
W Norze. Gdzie indziej mogłabym być?
Nie wiem, mogłaś się zgubić.
Nie zgubiłam się. Czy kiedykolwiek zgubiłam się idąc do Nory? Głos Megan stracił wszystkie ślady łez, stał się oburzony.
Przestańcie, powiedział Harry. Megan, zostań gdzie jesteś. Przyjdziemy do ciebie. Dalej, Draco, Neenie, idziemy.
Trzy wilczki ruszyły wzdłuż zaśnieżonej drogi. Wiedziały gdzie iść i zdążały tam w rekordowym czasie.
Przecież, na końcu drogi, czekała na nich siostra.

Ron potrząsnął głową w oszołomieniu. Gdy przyszła do Nory, Megan była zupełnie spokojna. Później, gdy poszła na górę, płakała. Następnie, na chwilę, wyglądała na kompletnie zszokowaną, później na prawie wściekłą, a teraz była uśmiechnięta i szczęśliwa, grając z nimi w Eksplodującego Durnia na kuchennym stole, tak jakby nic złego się nie stało.
Nie sądzę, abym kiedykolwiek zrozumiał dziewczyny.

Albus Dumbledore schodził w dół, Hogwardzką klatką schodową, ćwicząc to, co zamierzał powiedzieć. Był dziwnie zdenerwowany.
Zapewne, to z powodu iż wiem, że moje działania mogą mieć wielkie znaczenie dla życia i szczęścia ludzi o których zacząłem się troszczyć.
Być może błędem było tak się angażować w życie Sfory. Ten dzień był właściwie nieunikniony. I właściwie każde wyjście z tej sytuacji które mogę przewidzieć jest złe...
Ale nie każda zła konsekwencja tego jest nieunikniona. Nie, jeśli pewne osoby będą współpracować.
I, być może, w mojej mocy jest ich przekonać.
Zapukał do drzwi.
- Wejść – zawołał męski głos.
- Dobry wieczór, Severusie. Jesteś zajęty?

Tak, oczywiście że jestem zajęty. Ja zawsze jestem zajęty. To pytanie oznacza, iż on chciałby abym coś zrobił.
- Nie jakoś bardzo, dyrektorze. Proszę, wejdź.
- Dziękuję – Dumbledore zamknął za sobą drzwi. - Severusie, chciałbym cię prosić o pewną przysługę.
Wiedziałem.
- Przysługę jakiego rodzaju?
- Eliksir, który chciałbym abyś przygotował, jeśli masz czas i jesteś skłonny to zrobić. Będzie potrzebny o trzeciej trzydzieści dziś po południu, jeśli będziesz w stanie.
Snape spojrzał na zegar w rogu swojego biurka. Było tuż po dwunastej trzydzieści. Mogę uwarzyć większość popularnych eliksirów w dwie godziny lub mniej, o ile nie potrzebują one dłuższego stania na wolnym ogniu.
-Jaki eliksir?
Dumbledore spojrzał mu w oczy:
- Eliksir Tojadowy.
Snape uniósł brwi w zdziwieniu.
- Doprawdy. - To raczej nie jest popularny eliksir. W gruncie rzeczy, wydaje mi się, że w całej Angli jest dziesiątka czarodziejów, którzy są w stanie uwarzyć to prawidłowo. Lub w mniej niż trzy godziny.
Jednakże, nie mam wątpliwości, że ja to potrafię.
Ale czy to zrobię?
- Nasz... wspólny znajomy znalazł się w potrzebie, Severusie. Mógłbyś bardzo mu pomóc, jeśli tylko tego chcesz. Nie mogę i nie będę zmuszał cię do tego siłą. - Dumbledore zostawił ostatnie zdanie rozbrzmiewające w powietrzu.
To mogłoby go ucieszyć.
I to sprawi, że Lupin i jego mała rodzinka będą mi coś dłużni.
Z drugiej strony, dlaczego miałbym się dla nich wysilać, biorąc pod uwagę sposób w jaki się ostatnio rozstaliśmy?
- Czy to nasz wspólny znajomy wyraził życzenie byś mnie o to poprosił?
- Nie, nie zrobił tego. Działam wyłącznie z mojej własnej inicjatywy. On planował przetrwać tę noc bez pomocy. Ale to znacznie nadszarpnie jego siłę. Siłę, której będzie potrzebował jutro.
- Tak?
Dumbledore westchnął.
- Niedługo to będzie ogólnie znany fakt, no i twoja pozycja przyjaciela Sfory uprawnia cię do tej wiedzy.
Gładko zrezygnowałbym z wiedzy i pozycji, aby pozbyć się tego śmiesznego tytułu. Jednak, Snape słuchał. Wiedza była wiedzą, nie ważne w jaki sposób przychodziła.
- Dorośli ze Sfory zostali aresztowani. Proces jest jutro. Dzisiejszą noc spędzą w celach Ministerstwa.
- Nie w Azkabanie – powiedział Snape, pokazując tylko cień rozczarowania.
- Nie. Nie w Azkabanie.
- I ty chciałbyś, abym ułatwił Lupinowi noc w celi – powiedział Snape, decydując się. Przyjaciel Sfory, doprawdy. Zmusiłeś mnie do stania się nim, starcze. Nie będę tańczył jak mi zagrasz, ani chwili dłużej. - Nie, nie zrobię tego.
Oczy Dumbledora nabrały tego wyrazu cichego smutku, który działał na większość ludzi. Snape staranie zokludował swoje myśli i spojrzał dyrektorowi prosto w oczy. Nie jestem twoją marionetką i nie jestem przyjacielem Lupina czy Blacka. Lupin może się zabić dziś w nocy i nie będę zmartwiony.
Albo, nawet lepiej, niech zabije Blacka.
- Jak chcesz, Severusie – dyrektor wstał i wyszedł.
Snape zamknął oczy i przejrzał swoje plany na przerwę świąteczną. Nie mam na jutro zaplanowane nic, czego nie dałoby się odłożyć na kiedy indziej. A nawet jeśli, to sądzę że i tak to odłożę.
Jutro, w końcu, zobaczę Blacka i Lupina ostatecznie upokorzonych.
Zastanawiał się, czemu ta myśl nie wprawiała go w takie szczęście jak powinna.

- Cóż, łóżko dla ciebie jest już przygotowane, Megan, kochanie – powiedziała Molly Weasley, uwijając się w kuchni, gdzie dzieci siedziały przy stole, grając w karty. - A na kolację mamy kurczaka, wiem że go lubisz.
- Bardzo dziękuję, pani Weasley – odpowiedziała Megan, uśmiechając się nieśmiało.
Ona jest tak dobrze wychowanym dzieckiem. I takim słodkim. Może to nie będzie takie straszne, jeśli jej rodzina nie wróci...
Wstydź się, Molly. Dziewczynka będzie załamana, jeśli jej rodzina nie wróci. I słusznie. Nigdy nie widziałam tak oddanej sobie rodziny. Dorośli szaleją za dzieciakami, a one wcale nie wykorzystują tego choć w połowie tak, jak bym się tego mogła po dzieciach spodziewać...
Nagle dało się słyszeć jakieś skrobanie do drzwi.
- Co, na Merlina?
Dołączyło do tego żałosne piszczenie. A później jeszcze jedno i niskie wycie.
- To brzmi jak zwierzęta – powiedziała Luna. - Jakby pies i kot chciały wejść do środka.
- Cóż, nie zostawiłabym nikogo na zewnątrz w taką pogodę – powiedziała Molly, patrząc przez okno. Ciągle padały wielkie płatki śniegu. - Zobaczmy co to jest...
Otwarła drzwi tylko troszeczkę. Dwa małe kształty przemknęły między jej nogami, a Megan zaczęła płakać z radości. Molly odwróciła się aby na nią spojrzeć.
Dziewczynka klęczała na ziemi, wyciągając śnieg z futer niewielkiego, szarego kota i białego lisa podobnej wielkości.
To dziwne, widzieć kota i lisa razem...
Coś dotknęło palców Molly. Popatrzyła w dół.
Wielki ciemno-szary – pies? - patrzył na nią, ufnie.
- Jesteś z nimi? - zapytała go. - Dobra, właź. - Otwarła drzwi na tyle, aby pies mógł przez nie przejść, co ten zaraz zrobił, a następnie wyjęła różdżkę i wyczarowała ręczniki. - Wysuszcie ich – powiedziała, do trójki gapiących się na nią dzieci. - No chodźcie, nie siedźcie tam. Jeśli ich nie wytrzemy, zabrudzą mi całą kuchnię i to wy będziecie to sprzątać...
Ron i Ginny natychmiast złapali ręczniki. Ginny podeszła do psa – nie to był prawie na pewno wilk, stwierdziła Molly, przyglądając się mu dokładniej – a Megan zaczęła jej pomagać. Ron podszedł ostrożnie do kota, ale najwyraźniej zdobył jego serce, bo ten zaczął mruczeć gdy tylko dotknął go ręcznik.
Luna wzięła od Molly ostatni ręcznik i delikatnie złapała lisa, podniosła go z podłogi i zaniosła w stronę kominka.
- Pani Weasley, ma pani jakąś maść? - zapytała. - Jego łapka jest zraniona.
Wilk pisnął i podniósł swoją przednią lewą łapę.
- Oj, twoja również – stwierdziła Ginny. - Mamo, gdzie trzymamy uzdrawiające rzeczy?
- Przyniosę je – powiedziała Molly, szczęśliwa, że jej dzieci okazują współczucie dla zwierząt.
Chociaż, kompletnie nie wiem czym mamy je nakarmić... ale nie mogę ich zostawić na dworze w takie zimno...

Luna spojrzała uważnie na lisa, teraz suchego, z zabandażowaną łapą, zwiniętego na jej kolanach. Ten spojrzał na nią, oczami bardzo podobnymi do jej własnych...
Oczy takie jak moje?
Mrugnęła powoli, pozwalając oczom odpocząć od światła, starając się nie myśleć o niczym. Nigdy wcześniej się jej to nie udawało, ale od kiedy umarła jej matka, wiele rzeczy zaczęła widzeć w zupełnie innym świetle, a nawet mogła zobaczyć te, których nie mogłaby wcześniej...
Lis zdawał się znikać we mgle. Za to, wyłoniła się z niej sylwetka. Ludzka sylwetka. Chłopiec. Podniósł głowę i Luna spojrzała w ciepłe, szare oczy, lisie oczy, znajome oczy...
- Megan? - zapytała cicho. - Te zwierzęta są twoją rodziną?
Megan, mająca obok siebie wilka oraz kota leżącego na jej kolanach, zesztywniała.
- Jej rodzina? - zapytał Ron, trochę zmieszanym głosem. - Jak one mogłyby być jej rodziną?
- Jeśli zostali transmutowani – stwierdziła Ginny – Ale dlaczego sądzisz, że oni są transmutowani, Luna?
- Są nią? - Luna zapytała jeszcze raz, ignorując Weasley'ów.
Megan zamknęła oczy na chwilę, po czym spojrzała na Rona.
- Twój pokój jest ciągle dźwiękoszczelny? - zapytała.
Ron pokiwał głową.
- Mama i tata nie chcą słyszeć jak ćwiczę o poranku – powiedział. - A czemu pytasz?
- Muszę opowiedzieć wam pewną historię – odpowiedziała. - I musi ona pozostać tajemnicą. - Popatrzyła na Lunę i wzięła głęboki oddech. - Ponieważ tak. Oni są moją rodziną.


* wiersz w tłumaczeniu magdy2em


No, to by na razie było tyle. Może uda mi się to pociągnąć dalej.
Przepraszam was za tak marne tłumaczenie tych wierszyków Danger, jak ktoś ma lepsze, to chętnie je przyjmę.
Jeśli widzicie jakieś błędy, to piszcie mi o nich w komentarzach. Na pewno się nie obrażę.
Pozdrawiam ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz